niedziela, 20 stycznia 2013
piątek, 18 stycznia 2013
Mój Mehmet Ali Birand...
![]() |
| źródło: www.hurriyetdailynews.com |
W Turcji jednak pan Birand znany był głównie z telewizji, jako charyzmatyczny, przepełniony pozytywną energią, prezenter wiadomości. Miał też swój autorski program, był autorem wielu książek, pisał do najpoczytniejszych dzienników tureckich i zapewne robił jeszcze milion rzeczy, o których ja jeszcze nie miałam okazji się dowiedzieć.
Wczoraj nagle Mehmet Ali Birand odszedł na zawsze. I jest mi bardzo przykro...
Był absolutnie niezastąpiony i niepowatrzalny. Uważam, że tacy ludzie zdarzają się raz na milion... Turcja straciła niezwykłego dziennikarza i człowieka wielkiego intelektu.
Mnie, cudzoziemce, trudno było wczoraj powstrzymać łzy. Nie wyobrażam sobie, co czują Turcy, którzy tyle lat oglądali na ekranach swoich telewizorów ten charakterystyczny uśmiech pana Biranda...
PS. Zainteresowanych odsyłam do jego kolumny w Hürriyet Daily News
wtorek, 8 stycznia 2013
♪♫ Z nowym rokiem śmiałym krokiem! ♪♫
Nowy rok dla mnie okazał się być
naprawdę całkiem NOWY. Zaczął się wyśmienicie i mam nadzieję, że będzie
tylko lepiej, czego sobie i Wam z całego serca życzę :)
Pod
koniec roku rada miasta Marmaris otworzyła nam piękny Dom Kultury, do
którego ta nazwa w ogóle nie pasuje. To raczej Centrum Kultury i Sztuki,
centrum muzyki, śpiewu, tańca, wystaw, twórczych spotkań, nowych
znajomości, koncertów itd.... A na pewno miejsce, które zmieniło moje
życie i pozwoliło mi w końcu wrócić po długim okresie "hibernacji" do
śpiewania. Nie licząc ubiegłorocznej przygody muzycznej, którą miałam w
Turcji, a o której może kiedyś tutaj napiszę, mam za sobą wiele
miesięcy, podczas których jak wiecie, musiałam skupić się przede
wszystkim na tym, żeby się tutaj zaklimatyzować i odnaleźć swoje
miejsce.
Tak
się jakoś w ubiegłym roku składało, że miałam bardzo dużo okazji do
mówienia po turecku - większość sytuacji po prostu mnie do tego
zmuszała. Na szczęście w większości przypadków były to bardzo miłe,
towarzyskie sytuacje. Latem, przez kilka dni gościliśmy B. - znajomą ze
Stambułu, z którą spędzałam prawie 24h na dobę. B. mówiąca pięknym
tureckim, inteligentna i sympatyczna dziewczyna, w sposób naturalny w
ciągu kilka dni wprowadziła do mojego słownika co najmniej kilka nowych
wyrażeń. Zimą z kolei, przez kilka dni gościliśmy S. - dziewczynę H., co
oprócz super okazji do mówienia cały czas po turecku (S, też wyraża się
elegancko, bez żadnych "yaaaa" itp.), było fantastycznym kulturowym
doświadczeniem. Bo oto wyobraźcie sobie S. - Turczynkę, dziewczynę
pochodzącą z dość konserwatywnej rodziny, noszącą chustę i czytającą
Koran, ale przy tym studiującą administrację, oczytaną i osłuchaną i
naprawdę inteligentną, do tego Kurdyjkę - siostrę naszego przyjaciela H.
(nie raz wspominanego przeze mnie na tym blogu) - Z., która też czyta
Koran, więc i chustę nosi, ale jak wiecie kurdyjska rodzina H. jest
chyba jeszcze bardziej inna i konserwatywna, i do tego mnie - o mnie już
co nieco wiecie. Wyobraźcie sobie teraz naszą trójkę na zakupach w
sklepie z bielizną, kiedy pokazuję im seksowny, czerwony komplet na
wystawie, a one kręcą głowami, przynoszą mi jakieś mikro stringi i
mówią, żebym wzięła coś bardziej seksi!!!!!!!!!!!! :) Allahim ya! :)
Oprócz zabawnych sytuacji, przegadałyśmy naprawdę wiele godzin. Okazało
się, że nawet z moim dalekim od perfekcji tureckim da się porozmawiać
zarówno o miłości, rodzinie, religii, kulturze, zwyczajach, jak i
polityce, systemie szkolnictwa i ekonomii.
Zapadła
mi też na długo w pamięci rozmowa z S., kiedy opowiadała, że na
weselach w jej rodzinie kobiety nie tańczą na tej samej sali, a nawet na
tym samym piętrze, co mężczyźni. Z przyjazdu do nas, do Marmaris,
musiała zrobić wielką tajemnicę i nieźle się nakombinować, żeby w ogóle
mogło to dojść do skutku. Gdyby ktoś się dowiedział, że przyjechała
odwiedzić H.....Na co ja chcąc ją pocieszyć, powiedziałam: "nie martw
się, z czasem to wszystko się zmieni, z czasem kobietom będzie więcej
wolno (dla sprecyzowania: tutaj, w Turcji wszystko zależy od tego w
jakiej rodzinie i gdzie się urodziłaś)", na co S. otworzyła szeroko oczy
i odpowiedziała mi: "Ale ja wcale nie chcę, żeby to się zmieniło! Ja
rozumiem dlaczego tak jest, poza tym moja matka tak żyła, babka tak
żyła, to są nasze wartości, ja wcale nie mam ani ochoty ani zamiaru tego
zmieniać." W tym momencie zrozumiałam jaką ignorancją wykazałam się,
zakładając, że ona pragnie na pewno tego, czego ja bym pragnęła będąc na
jej miejscu. Nic bardziej mylnego! Szczerze mówiąc to nawet w pewnym
sensie zaimponowała mi. Kiedy ostatnio widzieliście kogoś w Polsce
broniącego swoich tradycji, nawet jeśli życie w zgodzie z nimi nie jest
łatwe, wygodne i przyjemne?
W każdym razie dalej uważam, a nawet jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że język
jest na emigracji kluczem do rozpoczęcia nowego życia, do normalności,
do nawiązywania kontaktów, zawierania przyjaźni, a wreszcie do
wykorzystywania swoich talentów i umiejętności, bycia....użyteczną
częścią systemu, która nie tylko bierze, ale i daje. W efekcie również
do głębszego poznawania kultury, stając się jej częścią, a i zyskując
jakby nową tożsamość, jakby drugą tożsamość (bo nie wiem jak Wy, ale ja
aktualnie jestem na etapie, na którym mam jakby dwie tożsamości - ja w
Polsce i ja w Turcji, z obu czerpię i obie jakoś się przenikają).
To
przede wszystkim język właśnie umożliwił mi w tym roku to, co w
ubiegłym nie byłoby jeszcze możliwe. Zaraz po otwarciu Centrum Kultury,
zapisałam się na kurs tureckiej muzyki klasycznej i tańca
folklorystycznego. Tu muszę się pochwalić, że latem jeszcze, wiedząc o
planowanym otwarciu Centrum Kultury, napisałam list do rady miasta z
prośbą o stworzenie kursu muzycznego i językowego, no co odpisano mi, że
bardzo chętnie i że jak najbardziej! :) Nie sądzę, żebym była jedyną
osobą, która wpadła na ten pomysł, ale cieszę się, że w ogóle odważyłam
się to zrobić i że przede wszystkim udało się! Rok temu napisanie
takiego listu było dla mnie raczej nie do pomyślenia.
Efekt jest taki, że śpiewam w
reprezentacyjnym chórze rady miasta Marmaris (ja - Polka! :D) i tańczę w
reprezentacyjnym zespole tańca folklorystycznego rady miasta Marmaris!
:) Jedno i drugie sprawia mi niebywałą radość (stali czytelnicy wiedzą o
mojej przeszłości muzycznej ;) zabrzmiało niemalże jak "przeszłości
kryminalnej":D). Poznałam bardzo ciekawych, wspaniałych ludzi. Czesem
patrząc w nuty nie dowierzam, co ja śpiewam, ale w tych momentach
właśnie radość wypełnia mnie po brzegi! Akompaniują nam na dla mnie
jeszcze do niedawna nowych instrumentach takich jak np. kanun, a ja
myślę czasem sobie, że to chyba nie dzieje się naprawdę.
![]() |
Mam jeszcze w
najbliższych planach kolejne muzyczne kursy, mam nadzieję, że życia mi
na to starczy! :) Do tego zaczynamy koncerty i szczerze mówiąc - czuję,
że żyję! :)
Kochani, tego właśnie Wam życzę w 2013 - żebyście czuli, że żyjecie, oddychali pełną piersią i czuli krew krążącą w żyłach :)
Na deser przesyłam Wam kilka zdjęć z
niedzielnego spaceru. Żeby nie było - dzisiaj są u nas 2 stopnie!!!!
Ale trzeba przyznać, że niebo jest na szczęście nadal niebieskie i
słoneczko pięknie nam świeci, co bardzo doceniamy po wielu tygodniach
deszczu w listopadzie i grudniu.
Dla melomanów załączam kilka utworów, które mamy w repertuarze naszego chóru - jeszcze nie w naszej wersji, ale kto wie, może kiedyś do nagrań dojdzie ;) Póki co rada miasta funduje nam wszystkie kursy (poza językowymi) za darmo, więc może i studio da się zrobić? A może by tak do nich napisać w tej sprawie? ;)
1. Mój faworyt - uwielbiam!
2. Faworyt nr 2:
3. Też piękne, choć lekko się załamałam patrząc w nuty i ucząc się tego, ale z czasem okazało się, że nie taki diabeł straszny....da się :)
4. Uwielbiam, tekst jakże nieskomplikowany, a jakże uroczy :) Kiedy z całym chórem śpiewamy: "unut onu gönlüm, unut onu sen de", słowo daję, że każdy wkłada w to całe serce i całą salę przepełnia mega pozytywna energia! :)
czwartek, 29 listopada 2012
I myśmy tam byli i raki pili :)
Aż trudno uwierzyć, że wesele S. (najmłodszej siostry A.) już za nami. Emocje opadły, choć powracają w tempie natychmiastowym, kiedy tylko oglądamy dvd z nocy henny i przyjęcia weselnego. Jedno jest pewne - ja w swoim życiu byłam tylko na 4 weselach (z czego na 2 będąc małym dzieckiem) i bez wahania stwierdzam, że było to najpiękniejsze wesele, jakie widziałam! :) Z pewnością przeżyłam w ciągu tych dwóch dni jedne z najbardziej magicznych i niezapomnianych chwil w swoim życiu. Wszystkie moje obawy dotyczące sukienki (jaką kupię i jak ja się będę czuła w takim czymś długim, świecącym i kiczowatym), tańca (że jak ja niby pojmę te nienaturalne dla mnie rytmy) i tego jak sobie ogólnie poradzę w całej tej zupełnie dla mnie nowej sytuacji związanej z przyjmowaniem gratulacji, witaniem gości i wieloma typowo tureckimi weselnymi zwyczajami, odeszły w niepamięć wraz z pierwszym tańcem na kına gecesi (nocy henny).
W dniu, kiedy miała się odbyć wieczorem noc henny (która wygląda jak takie mniejsze przyjęcie weselne, ale wcale nie z mniejszą suknią panny młodej!), brałam udział w niemalże rytualnym (patrząc z mojej polskiej perspektywy) przygotowywaniu się do uroczystości. Wczesnym rankiem poszłyśmy z drugą siostrą A. odebrać nasze suknie weselne po poprawkach krawieckich. Wyniknęła z tego awantura, którą elegancka jak dotąd właścicielka salonu sukien nie omieszkała nam zrobić z powodu negocjowania przez nas cen, którego dopuściła się jej pracownica z nami pod jej nieobecność. Oczywistym jest fakt, że negocjowanie ceny jest czymś jak najbardziej na porządku dziennym w Turcji, jednak pracownica nieznacznie poszła nam na rękę, za co o dziwo oberwało się nam, nie jej (!). Na koniec wylądowałyśmy na ostatniej przymiarce w ich salonie krawieckim dokonywanej przez krawcową z Armenii i drugą krawcową, a może raczej krawca - bardzo elegancką i niesamowicie wymalowaną jak na godzinę 9.00 rano panią, którą jednak przy bliższym poznaniu zdradzały rysy twarzy, świadczące o tym, że pani jest jednak panem :)
Następnie ruszyłyśmy do salonu fryzjersko-kosmetycznego, gdzie w sumie było nas ze 30 - ciągle następowała rotacja (siostry, ciocie, kuzynki, przyjaciółki...) i wszystkie byłyśmy czesane i malowane niczym na rozdanie Oskarów. Za wszystko płacił pan młody :) Na początku pomyślałam, że to trochę strata czasu - nie wygodniej byłoby umówić każdą z nas na konkretną godzinę? Ale miałam wrażenie, że mimo podekscytowania związanego z imprezą i uciekającym czasem, cały nasz babiniec czerpał radość z tego wspólnego upiększania. Wszystko to było niczym rodem z filmu "Stalowe magnolie" czy "Karmel".
Gdybym chciała opisać całą noc henny i wesele, czuję, że wyszłaby z tego książka, a nie chcę Was tutaj zanudzać. Napiszę więc o tym co moim zdaniem najciekawsze.
Wzrokowców nieco roczaruję - nie zrobiłam prawie żadnych zdjęć! Dlaczego? Bo poszłam za radą mojej przyjaciółki i po prostu dałam się ponieść emocjom i wczułam się w klimat w 100%. Poza tym wyszłam z założenia, że i tak jest fotograf i kamerzysta, więc nie ma sensu biegać ciągle z aparatem. A już poza wszystkim...wiecie, że staram się w miarę możliwości strzec mojej prywatności, a już tym bardziej szanuję prawo do prywatności całej rodziny A., w związku z tym nie zobaczycie tutaj typowych zdjęć weselnych. Ale co nieco pokażę :)
Noc henny z założenia była skromniejszym przyjęciem, choć i tak goście dopisali - było na tyle tłoczno, że po godzinie zabrakło miejsc przy stołach, co jak twierdzi mama A. jest wyznacznikiem tego, że impreza naprawdę się udała (!). S. i jej narzeczony E. weszli na salę i zatańczyli romantyczny, pierwszy taniec (S. w sukni balowej, niczym ślubnej, w kolorze ciemnego fioletu, wysadzanej świecącymi kamieniami, E. w eleganckiej, z lekkim połyskiem - nie pytajcie co sądzę o tym połysku....- czarnej koszuli i takich też spodniach). Potem natychmiast wskoczyliśmy na parkiet i tańczyliśmy tak już do końca do upadłego! :) Okazało się, że w jakiś magiczny, chyba po prostu naturalny sposób pojęłam wszystkie rytmy i wcześniej niezrozumiały taniec. Co więcej, wydaje mi się, że każdemu z Was prędzej czy później by się to udało. Najważniejsze to otworzyć się na nowy sposób poruszania się i rozkład akcentów w rytmie, dać się ponieść muzyce i temu obezwładniającemu transowi, otworzyć się na taniec "do ludzi" i "z ludźmi". Bo faktycznie jest tak, że bardzo dużej fizycznej bliskości w tych tańcach nie ma, ale jest na pewno komunikacja z drugą osobą, albo z całą grupą. Zwracasz się w tym tańcu do kogoś, uśmiechasz się, jesteście razem w swoistym transie, gdzie nic absolutnie nie liczy się poza tym co tu i teraz. Moimi ulubionymi były rytmy typowo romskie. Oto i mój absolutnie topowy, ulubiony utwór weselny (tu akurat z filmu Eyvah eyvah 2):
Tekst mnie rozbraja nie mniej niż muzyka, bo oto chłopak zwraca się do teściowej mniej więcej tymi słowy: "Ty teściowo, co ty nam zrobiłaś? My się tak kochaliśmy! A teraz musimy uciekać!" i "Dwojgu ukochanym nie dali się kochać (...) a przecież widzieli, widzieli! [jak się kochamy]" - czyli klasyczna turecka historia miłosna :)
Ale też przypadły mi do gustu szybkie kawałki znad Morza Czarnego (bo ja w ogóle lubię karadeniz müzik). Poza tym było też efe - czyli muzyka znad naszego Wybrzeża Egejskiego charakteryzująca się wolnym tempem, do którego mężczyźni pięknie tańczą z rozłożonymi rękoma, jak wielkie ptaki, wymachując nieco dziwacznie nogami, a pośród nich davul, czyli wielki bęben, na którym bębniarz przygrywa co lepiej tańczącym tak, że każde uderzenie przeszywa na wskroś.
Na koniec najważniejszy punkt wieczoru - S. przebrała się w piękny, tradycyjny strój - jedwabne czerwone spodnie i bluzkę, do tego cudne wyszywane buciki z pomponem i tiulowy, wyszywany złotymi kamykami płaszcz. Na czole miała koraliki i wyglądała rozbrajająco - jak z "Baśni z 1001 nocy"! I jej i E. narzucono na głowy czerwone, wyszywane złotem tiulowe chusty, a my - panienki (w cywilno-prawnym tego słowa znaczeniu ;)) zaczęłyśmy tańczyć dookoła nich w welonach na głowach i ze świecami w rękach do "Yuksek yuksek tepelere.." (już kiedyś pisałam o tym utworze). Następnie zgodnie z tradycją ciocia próbowała otworzyć dłoń S., żeby pomalować ją henną:
S. jednak otworzyła ją dopiero, kiedy teściowa włożyła w nią złoto:
A co ciekawe - henną malowana jest też dłoń pana młodego. Następnie obie dłonie zawijane są w jedwabne woreczki:
Chwilę później atmosfera zmieniła się nie do poznania. Wszyscy z "naszej" rodziny (czyli rodziny S.) żegnali S. płacząc i przytulając ją na przemian. A. wcześniej wyjaśnił mi, że oczywiście, że wszyscy się cieszą szczęściem pary młodej, ale to też jest dla nich pożegnanie S., która odchodzi na zawsze z domu rodzinnego. Przyznam, że trudno było się nie wzruszyć...więc nawet nie próbowałam się powstrzymywać.
Potem tańce kontynuowane były do godz.12.00 (niestety, to tutaj standard), ale wybawiliśmy się na całego. Doszły rytmy egipskie i dyskotekowe, a widoku S. tańczącej z nami w tym tradycyjnym stroju "Gangham style" nie zapomnę do końca życia! :)
Z mojej perspektywy noc henny była rozgrzewką przed weselem. Impreza weselna odbyła się w pięknym hotelu Pineta w Marmaris (swoją drogą jeśli wybieracie się do tego hotelu na jakieś fajne last minute, to moim zdaniem nie zawiedziecie się). Oczywiście ponownie stadnie zaliczyłyśmy salon piękności.
Wieczorem pan młody z rodziną, konwojem motorów (pan młody jest wielbicielem motorów) i panami "muzykantami" przyjechał po S. do jej domu rodzinnego, aby wziąć ją tym razem na zawsze.
No i płacze zaczęły się na nowo...tym razem trudno było oderwać mamę od S., jej siostrę, nawet tata płakał jak bóbr, choć on akurat do wybitnie wylewnych osób nie należy. Ale w końcu "porwali" naszą małą S. :) I widziało to i słyszało chyba całe Marmaris!
A potem na pięknej, białej sali, w iście hollywoodzkim stylu (i tu akurat piszę bez ironii) sali hotelu Pineta, odbyło się cudne, huczne wesele, którego ja na pewno nie zapomnę do końca życia. S. była uroczą panną młodą. Była tak naturalna i tańczyła tak ślicznie, że wyglądała, jakby była już panną młodą jakieś 1500 razy. S. jak większość znanych mi Turczynek na pewno do super szczupłych osób nie należy, jednak nigdy wcześniej nie pasowało jej to tak jak tego wieczoru. Odkryte ramiona sukienki pokazywały jej taki uroczy tłuszczyk, którym poruszała w tańcu (a tańczy znakomicie!) z taką gracją, wdziękiem i seksapilem, jakiego nigdy wcześniej na żywo nie widziałam. Wszyscy byli absolutnie oczarowani.
I myśmy tam byli i raki pili :)
środa, 7 listopada 2012
Oświadczenie
W związku z tym, że na niektórych blogach o Turcji pojawiają się komentarze pisane przez kogoś o pseudonimie Tutku, niniejszym oświadczam, że nie są to moje komentarze. Komentarze mojego autorstwa zawsze zawierają link do mojego bloga www.turkiye-tutkum.blogspot.com. Wszystkie komentarze podpisane przez "Tutku" bez linku przekierowującego do mojej strony, nie są pisane przeze mnie.
S.O.S.!
Piszę ten tekst będąc w stanie niedalekim do skraju wytrzymałości, więc jeśli będzie nasycony negatywnymi emocjami, to wybaczcie lub po prostu poczytajcie coś lekkiego i miłego na innym blogu :)
Jesteśmy już w nowym domu. Znamy jego każdy centymetr, jako, że 90% rzeczy wymagało naprawy (ewentualnie zostało po burzliwych dyskusjach wyeksmitowane) lub wielokrotnego czyszczenia (do granic możliwości...). Frajda i ekscytacja mieszały się z nerwami i stresem, ale efekt powoli zaczyna nas zadowalać. Nie mamy co prawda jeszcze stołu i internetu, ale reszta powoli układa się w całość, którą można nazwać DOMEM. Jest kolorowo, polsko-turecko, trochę nowocześnie, ale też trochę w starym stylu, zdecydowanie eklektycznie :) Oczywiście może tzw. szału nie ma, bo fundusze nas nieco ograniczały, ale na pewno jest przytulnie i ciepło, a to dla mnie w domu najważniejsze.
Uważam, że urządzanie domu różni się w Turcji znacznie od tego, jak robi się to w Polsce. Dopiero teraz widzę jak bardzo! W samym salonie z firanami i zasłonami spędziliśmy pół dnia, a ja zupełnie nieświadomie zachowywałam się jak typowa Turczynka, czyli kaprysiłam i nic mi się nie podobało. Na szczęście właścicielem salonu jest H. - nasz najbliższy przyjaciel, więc nie miałam żadnych zahamowań co do marudzenia ;) Ale przepraszam bardzo, zasłony i firany, które kosztują 250TL (!!!!!) na pewno nie zostaną szybko wymienione na nowe, więc musiały być takie, jakie chciałam. Oczywiście nowoczesnych, prostych, „ikeowskich” zasłon tutaj nie uświadczysz, więc stanęło na tym, że w salonie mamy zasłonę w kolorze...hmmm...bardzo specyficznym...powiedzmy, że butelkowo zielonym (materiał, którego było w sklepie tylko tyle, ile potrzebowałam, bo H. mi wytłumaczył, że nikt normalny nie chciałby takich zasłon). W sypialni natomiast mamy zasłony z materiału, który wszyscy używają do szycia narzut na kanapę, więc musiałam około godziny zapierać się rękami i nogami, że TAK, JESTEM PEWNA, ŻE CHCĘ TAKIE ZASŁONY (Allah, Allah!). Oczywiście z niemniejszym zdziwieniem spotkała się moja decyzja odnośnie powieszenia najpierw firan, a dopiero na nie zasłon (nie wiem jak Wy, ale ja przynajmniej w Polsce nie widziałam innej opcji wieszania tych dwóch elementów). Do tej pory żyłam w przekonaniu, że firanki, które wisiały na zasłonach w naszym ostatnim apartamencie były tak powieszone przez pomyłkę...otóż absolutnie nie. Jedynie H. szepnął mi do ucha, że tylko ja i luksusowi klienci z Europy wieszają najpierw firanki, a potem na nie zasłonki, co sprawiło, że poczułam się znacznie lepiej :)
Sprzęty elektroniczne kupiliśmy z tzw. drugiej ręki, co jest dość popularne w Turcji. Najpierw dokonaliśmy rekonansu w okolicznych sklepach, co oznaczało otwieranie i zamykanie nieskończonej ilości pralek i lodówek (jedyna forma oceny jakości, bo na moje pytania techniczne dotyczące parametrów sprzętów nikt nie potrafił udzielić żadnej logicznej odpowiedzi). Na koniec jednak wybraliśmy się z rodzicami A. bladym świtem o 6.30 gdzieś daleko w góry, gdzie ich stary znajomy ma...hmmm....w szczerym polu skład używanych lodówek, pralek, stołów, krzeseł, sokowirówek, zamrażalek i czego tylko dusza zapragnie, po oczywiście promocyjnej cenie ze względu na starą znajomość. Tam właśnie znaleźliśmy nasze cudne sprzęty, które po wielokrotnym czyszczeniu chlorem i innymi detergentami wyglądają jak nowe. Oprócz tego, że pralka zepsuła się pierwszego dnia, to są nawet ok ;) Lodówka na przykład jest naprawdę imponująca.
| Bladym świtem wyruszamy w poszukiwaniu lodówki i pralki do second handu RTV i AGD :) |
| Second hand w całej odsłonie. |
| A nie mówiłam, że można tam znaleźć wszystko? |
| To chyba oczywiste, że na zakupach potrzebny jest koszyk? |
| Można też kupić łódź... |
Bieganinie od rana do wieczora i niekończącemu się urządzaniu naszego domu, jednocześnie towarzyszy ekscytacja i bieganina związana ze ślubem S. (najmłodsza siostra A.). Emocje rosną w zastraszającym tempie. Nie dziwne, przyjdzie jedynie....tysiąc osób!!! W związku z tym mama A. zarządziła generalne komisyjne i oczywiście WSPÓLNE sprzątanie ich domu rodzinnego. Albo ja mam problemy z widzeniem, albo jestem niechlujem, już sama nie wiem, ale wiem jedno - ich dom był i jest czysty do tego stopnia, że z powodzeniem możnaby jeść prosto z podłogi. Ale sprzątamy! Sprzątamy do granic możliwości! Otwieramy łóżka i czyścimy pojemniki na pościel, wyrzucamy ubrania, czyścimy chlorem karnisze....Następnie przenosimy się do nowego domu przyszłej młodej pary i tam również czyścimy, sprzątamy i polerujemy wszystkie nowe meble do 2.00 w nocy...Oczywiście, że nie wypada odmówić! Nie ważne, że powoli robi się coraz bardziej tłoczno, bo goście zaczynają się już zjeżdżać (na razie najbliższa rodzina). W piątek mamy noc henny, w sobotę wesele. Ja nadal nie mam sukienki. Sukienki mają być jak bezy na torcie, czyli satyny, falbany, błyszczące kamienie, w noc henny krótkie, na wesele długie, w każdym razie ozdobione czym tylko się da, im więcej tym lepiej. Ja oczywiście protestuję. Ok, kupię długą suknię, ale na pewno nie bezę na torcie. W związku z tym, że mam odmienne upodobania, jestem nadal bez sukienki. Babcia A. i mama na moje tłumaczenia dlaczego nie podobają mi się te wszystkie falbany itd. reagują uśmiechem i machając ręką kwitują tylko szybko: „przyzwyczaisz się!”. Na co ja uśmiecham się, choć mam ochotę ich pozabijąć. Domyślam się, że tak naprawdę uważają, że my w Polsce to ani szyku nie potrafimy zadać, ani herbaty zaparzyć.
Czasem oczywiście rzucają jakieś komentarze a propos naszego ślubu (którego na Boga w ogóle póki co nie planujemy!!!!) i jak to w ogóle oni wszyscy wybiorą się do Polski na noc henny (JAKĄ DO CHOLERY NOC HENNY???? Toż przecież ja żadnej nocy henny mieć nie będę! Że niby jak - mielibyśmy z moją rodziną odegrać ten cały teatr z płaczem, że córónia na zawsze z domu odchodzi i będzie paść owieczki za górami i lasami?). A ja kiedyś myślałam, że uwaga „teściowej” dotycząca sposobu, w jaki stawiam szklanki do wyschnięcia (ja stawiam dnem na półce, a nie do góry dnem) była co najmniej nie na miejscu i że się wtrąca...Nie wiem co mam w takim razie myśleć teraz ;)
Ludzie....ludzie....jeśli przetrwam ten weekend ogłaszam się Dalajlamą!
PS. Ostatnio potrzebowaliśmy czegoś ze strychu i okazało się, że strychu nie mamy, ale za to mamy dach, który jest po prostu NIE Z TEJ ZIEMII! :) Widok z naszego dachu jest nie do opisania, a klimat, który tam panuje jest jak żywcem wyjęty z nowojorskich dachów starych kamienic, na których robi się grilla. A zresztą oceńcie sami:
PS. Ostatnio potrzebowaliśmy czegoś ze strychu i okazało się, że strychu nie mamy, ale za to mamy dach, który jest po prostu NIE Z TEJ ZIEMII! :) Widok z naszego dachu jest nie do opisania, a klimat, który tam panuje jest jak żywcem wyjęty z nowojorskich dachów starych kamienic, na których robi się grilla. A zresztą oceńcie sami:
| Czekamy na kontakt z innymi cywilizacjami ;) |
sobota, 20 października 2012
Evimiz çok güzel olacak - inşallah! Czyli budujemy nowy dom :)
20 października, 16.30. Wychodzę z E. (nasz dobry znajomy, mój szef, a w zasadzie mój były szef, bohater ostatniej notki) z morza. Woda nadal ciepła, słońce za pół godziny schowa się za największym hotelem przy naszej plaży. Wszystkie prognozy wskazują na to, że nieodwołalnie jutro spadnie deszcz. I będzie padał całe 4 dni. Prawdopodobnie to ostatni dzień pracy dla A. i ostatni dzień lata. Zmieni się wszystko. A na pewno wszystko w naszym życiu.
Kilka dni temu podjęliśmy decyzję o przejściu do nowego etapu - wynajęliśmy mieszkanie. NORMALNE MIESZKANIE. Nie tzw. apartament, czyli małe, turystyczne mieszkanko, z którego po sezonie wakacyjnym trzeba się wyprowadzić. Zdecydowaliśmy się na normalne mieszkanie, w normalnym bloku-kamienicy, pośród wielu tureckich i mieszanych rodzin i par.
Szukanie naszego domu okazało się być nie lada wyzwaniem. Nie jestem w stanie pojąć czemu tutaj nie robi się tego tak jak w Polsce, czyli nie szuka się ogłoszeń w internecie i gazetach (mało kto w ogóle je tam zamieszcza). Zamiast siedzieć wygodnie na kanapie z komputerem i telefonem w ręku i przeglądać zdjęcia kolejnych miejsc mogących potencjalnie stać się naszym przyszłym domem, przemierzaliśmy niezliczone kilometry PIESZO zaglądając ludziom do okien (nie inaczej!). Będąc właścicielem mieszkania na wynajem w Marmaris, nie musisz się fatygować i zamieszczać żadnych ogłoszeń i jeszcze nie daj Boże za nie komuś płacić. Przyklejasz sobie w oknie karteczkę z napisem "KIRALIK", czyli "na wynajem" i masz z głowy. Kiedy A. pracował, ja nie chciałam tracić czasu i całymi dniami wypatrywałam na każdej, przysięgam każdej, nawet najmniejszej uliczce Marmaris tych właśnie uroczych karteczek....Bezskutecznie (z wyjątkiem zakwasów, które mam do dziś!). Miasto okazało się być bardziej zatłoczone niż kiedykolwiek przedtem. I znowu zadziałał niezawodny kolektywistyczny system informacyjny - znajomi i rodzina. Wszyscy pytali wszystkich o mieszkania i w ten właśnie sposób znaleźliśmy nasze niestety jeszcze dalekie od ideału nowe lokum (co ciekawe - "lokum" z tur. tzw. turkish delight, czyli tradycyjne tureckie słodycze).
Mieszkanie jest w centrum Marmaris, co dla nas będzie bardzo wygodne. Jest duże, podniszczone i czeka nas gruntowny remont, co wprawia mnie zarówno w stan ekscytacji, jak i zdenerwowania. Będziemy malować, dekorować, urządzać itd., czyli to, co chyba większość kobiet lubi, a nawet w czym się spełnia. Czy mnie to dotyczy? Jeszcze nie wiem, spytajcie mnie za jakieś 3 tygodnie. Co najważniejsze - właścicielka mieszkania mieszka w kompletnie innej części miasta, wystarczająco odległej, żeby nie zawracać nam głowy jak poprzedni właściciele. Przy tej okazji pozwolę sobie wspomnieć o ostatnim wybryku naszego - i tak najlepszego jak dotąd - właściciela, który po tym jak pożyczyliśmy wieczorem 2 krzesła stojące na korytarzu, z którego od kilku miesięcy nikt nie korzystał, nie dość że przyszedł i zażądał natychmiastowego zwrotu krzeseł W TEJ WŁAŚNIE CHWILI, to jeszcze następnego dnia zamknął cały korytarz (z krzesłami, jedynie krzesłami)....na kłódkę....Pozostawiam to bez komentarza...
ALE....i to "ale" to jest całkiem poważne "ale"....zamieszkamy 2 minuty od morza, 3 minuty od dwóch supermarketów, 10 minut od bazaru, 10 minut od ścisłego centrum, 1 minutę od przystanku autobusowego i......5 minut od rodziców A. Muszę przyznać, że moje stosunki z rodziną A. zawsze były dobre, a w tym roku zacieśniły się z prostego powodu - mój turecki znacznie się poprawił. To samo mogę powiedzieć o tureckich znajomych. ALE...nadal cenię sobie prywatność i myślę, że to się nie zmieni. Polubiłam gości, rozmowy, gry w OK. Ale nadal nie wyobrażam sobie częstszych wizyt rodzinnych niż np. raz w tygodniu. W związku z tym będzie to dla mnie wielki test asertywności.
Na szczęście póki co nie pobieramy się :) Dlaczego "na szczęście"? Mam aktualnie przyjemność uczestniczyć w przygotowaniach do ślubu i nowego życia, które wkrótce rozpocznie siostra A. z jego przyszłym szwagrem. Myślę, że ten temat zasługuje co najmniej na osobną notkę. W każdym razie szczerze jej współczuję...I aktualnie bardzo sobie cenię naszą niezależność. Nikt nie ciągnie mnie z całą turecką rodziną do sklepów z firankami, dywanami, sprzętami RTV i AGD i nie rozprawia na ten temat godzinami. Nikt mi nic nie narzuca, nie doradza. Nasze mieszkanie najpewniej dalekie będzie od typowych tureckich mieszkań z zupełnie prostego powodu - nie jestem Turczynką, mimo, że niektórzy chcieliby, żebym nią była (ten temat na pewno zostanie również wkrótce opisany, bo to wysoce bulwersująca mnie kwestia!). Nasz związek jest fuzją dwóch różnych kultur i myślę, że zawsze będzie się to wyrażać we wszystkich naszych wspólnych działaniach. Od dekorowania mieszkania, po styl życia, wartości, dezycje.
Moi Drodzy, mam dla Was mnóstwo nowych historii do opowiedzenia! :) Będzie też wkrótce dużo zdjęć, ale to niespodzianka :) Dlatego dziś zadowolcie się tekstem, a wkrótce zadowolę Was czymś więcej.
Pozdrawiam Wszystkich, którzy się nie ujawniają w komentarzach, ale są tutaj nadal :)
PS. Słońce właśnie zaszło, turyści poszli na kolację i być może zrobiłam właśnie ostatnie zdjęcie plaży tego lata:
Subskrybuj:
Posty (Atom)









