poniedziałek, 28 stycznia 2013

Słodko - gorzko

Jako, że ostatnio byłam nieco oderwana od rzeczywistości, postanowiłam w ten weekend wrócić na ziemię. Nie wiem ile dni minęło, podczas których zajmowałam się głównie muzyką i to do tego stopnia, że w ogóle przestałam odpoczywać. Nie to, żebym się użalała, bo nikt mnie do tego nie zmusza, robię to z własnej woli, potrzeby i dla własnej przyjemności. Czasem jednak, kiedy zajmujemy się czymś, co nas pasjonuje, nie zauważamy upływu czasu, ani tego jak długo działamy na najwyższych obrotach. Jedyne, co mnie wtedy przywołuje do porządku, to przychodzące nagle wielkie zmęczenie fizyczne, a co za tym idzie i psychiczne. Jednak ciało poddaje się u mnie szybciej niż umysł. Główka nadal pracuje jak robocik  - "no dalej, jeszcze to poćwiczymy, jeszcze ta piosenka, jeszcze to metrum, jeszcze to zakończenie...", a ciało zaczyna sztywnieć od namiaru skupienia i napięcia. 

Zauważyłam też, że przestałam gotować z przyjemnością, a zaczęłam robić to jak najszybciej i tak, żeby A. smakowało i żebym jednocześnie zdążyła wyjść o czasie na zajęcia. O zgrozo! Przecież ja lubiłam gotować!

O nie, tak być nie może. Kiedy 3 dni temu obudziłam się z opuchlizną przy obojczyku, bo....położyłam się tak zmęczona, że całą noc spałam w jednej niewygodnej pozycji, stwierdziłam, że chyba przeginam.  Następnego dnia, kiedy tylko powzięłam postanowienie odpoczynku w ten weekend, ból i opuchlizna od razu zaczęły znikać. W związku z tym pojechałam do Icmeler spotkać się moją polską koleżanką M.  Achhh.....nie byłam już tam kilka tygodni, w każdym razie na tyle długo, żeby docenić na nowo niesamowitą ciszę, spokój, ogromne góry i spokojne morze. Poszłyśmy na herbatkę do naszej chyba już w zasadzie ulubionej kawiarni z widokiem na żółwią wyspę i jak to mówi moja mama - postrzępiłyśmy jęzory ;) Co za nieskomplikowana czynność, dająca niebywałą przyjemność! Aż nabrałam ochoty w domu na robienie borka wieczorem, więc siedziałam i skręcałam z niego "cygara" oglądając telewizję. Kwintesencja kury domowej!

Ostatnie dni były też dość obfite w spotkania towarzyskie. Powody były różne - słodko-gorzkie można by rzec...
W ubiegły weekend do Marmaris (konkretnie Siteler) przyjechał teatr z Izmiru. Nasze Centrum Kultury nadal działa prężnie i realizuje coraz ciekawsze projekty. Niestety akurat organizacja przedstawienia nie wyszła. Jako, że dawno u nas teatru nie było, bilety wykupiło chyba całe Marmaris (do czego też na pewno przyczyniła się cena - 5 lir). Przedstawienie odbyło się w hotelu Grand Yazici Club Turban. Często pytacie mnie, lecąc na wczasy do Marmaris o różne hotele, więc przy okazji w nich bywania, zwracam uwagę na to jak wyglądają. Grand Yazici zrobił na mnie piorunujące wrażenie, choćby z tego względu, że dysponuje chyba największymi wnętrzami, jakie w życiu widziałam! Sale, w których byłam wyglądały trochę jak połączenie hotelu z ogromnym zamkiem - robi wrażenie. Sama lokalizacja też jest fajna, bo przy samej plaży i lesie sosnowym. W każdym razie nawet w największej sali jaką widziałam całe Marmaris nie może się zmieścić....Toteż na przykład dla nas, którzy bilety wykupiliśmy tydzień wcześniej, miejsca już nie starczyło... Niepocieszeni zmuszeni byliśmy wyjść i w związku z tym razem ze znajomymi wylądowaliśmy najpierw w kawiarni, a potem u nas. Wieczór skończył się bardzo przyjemnie, wygadaliśmy się po wsze czasy, a nawet (to jak wiecie nie zdarza się u nas często!) w towarzystwie ok. 5% napoju alkoholowego zwanego tutaj piwem, które widuję maksymalnie kilka razy w roku ;)

Najwięcej wydarzeń w ostatnich tygodniach związanych było z rodziną H., która byłaby świetnym materiałem na niejedną książkę. Smutek przeplatał się z radością. Najpierw żegnaliśmy jednego z braci H., który szedł do wojska, potem zmarł wujek H. i odwiedzaliśmy ich, żeby złożyć kondolencje, a wczoraj po 15 miesiącach wrócił z wojska drugi brat H. Nie raz wspominałam, że rodzina H. jest dosyć tradycyjna i specyficzna. Jednak zorientowałam się, że chyba już do tego przywykłam w momencie, gdy po przyjściu do domu drugiej nieoficjalnej żony ojca H. (jego brat szedł wtedy do wojska i to było coś w rodzaju imprezy pożegnalnej), zobaczyłam w nim też pierwszą żonę - mamę H. i cały tłum facetów siedzących w jednym pokoju, a także grupkę kobiet w kuchni i w drugim, osobnym rzecz jasna pokoju, i wcale mnie już nie zdziwił fakt, że szybko mnie przetransportowano do kobiet. Czy muszę wspominać, że oczywiście siedziałyśmy na podłodze w pokoju bez mebli? :) Wczoraj witając drugiego brata, który dla odmiany wrócił z wojska, o dziwo siedziałyśmy z mamą i siostrą H. z facetami w tym samym pokoju, choć nie wtrącałyśmy się do ich rozmów. Szczerze mówiąc miałyśmy własne tematy do przegadania ;) 

Samo życie, prawda? Słodko-gorzkie. Zupełnie jak moja niespodzianka na koniec. Kinder-niespodzianka, przechwycona od mamy A. :)

Potrzebne Wam będą:

suszone figi (bardzo słodkie)
orzechy włoskie (lekko gorzkie)

Wykonanie: banalnie proste! Rozłupujecie orzecha, otwieracie figę, wkładacie paluchem orzecha do środka figi, zaklejacie i...smacznego :)



Smakują najlepiej, kiedy siedzicie z herbatką w domu, bo pogoda taka, że psa z domu nie wygonisz...  (uwielbiam to powiedzonko :)) Najlepszym tego przykładem jest aura dziś o poranku (żebyście nie myśleli, że ja mam tu tylko słońce zimą!), dzięki której znaleźliśmy się po raz kolejny ostatnio w głównych wiadomościach, bo...spadł dziś grad! Na dodatek zupełnie przypadkiem udało mi się to zarejestrować! Tzn. chciałam pokazać deszcz, a tu nagle zaczęły spadać z nieba lodowe kulki!




W taką pogodę, to można tylko pić herbatkę i uczyć się gry na bağlamie ;)




Pozdrawiam Was ciepło, dziekuję za oddane już głosy, a Ci, którzy jeszcze nie wysłali sms, mogą jeszcze to zrobić - GŁOSOWANIE TRWA DO 31 STYCZNIA!





czwartek, 24 stycznia 2013

GŁOSUJEMY! :)

Moi Drodzy,

 

głosowanie na BLOG ROKU 2012 rozpoczęte!!! :) 

 

Jeśli lubicie mojego bloga, jeśli jesteście w stanie jakoś przeżyć moje przydługie teksty, a co więcej, jesteście w stanie przeczytać je w całości, to będę Wam wdzięczna za oddanie głosu. 

 

JAK GŁOSOWAĆ?

Wystarczy wysłać sms o treści: G00867 na numer: 7122

 

(Uwaga: znak 0 to cyfra zero! I pamiętajcie też, żeby w sms nie wstawiać spacji!)

Koszt sms to 1,23 zł. 

I ważna informacja od organizatora - Onet.pl - dochód z SMS zostanie przekazany na integracyjno - rehabilitacyjne obozy dla dzieci z ubogich rodzin i dzieci niepełnosprawnych.  Więc nie żałujcie tego 1,23 zł, nawet jeśli zagłosujecie na inny blog, ja to jakoś przeżyję, a Wy zrobicie coś fajnego dla dzieciaków.


GŁOSUJEMY TYLKO DO 31 STYCZNIA DO GODZ. 12.00!!!!

 

Więcej szczegółów na stronie organizatora konkursu - Onet.pl.

 

niedziela, 20 stycznia 2013

BLOG TUTKU BLOGIEM ROKU 2012?

Moi Kochani Stali i Nowi Czytelnicy,

 

niniejszym miło mi Was poinformować, że mój blog bierze udział w konkursie BLOG ROKU 2012. Jeśli chcielibyście zrobić dobry uczynek dla Tutku, to zapraszam Was do głosowania :)

Głosowanie rusza w czwartek 24 stycznia od godz. 15.00.

 

Pozdrawiam ciepło,

Tutku


piątek, 18 stycznia 2013

Mój Mehmet Ali Birand...

źródło: www.hurriyetdailynews.com 
Kiedy prawie 2 lata temu przeprowadziłam się do Turcji, mój turecki ograniczał się głównie do "jak się masz" itp. (o czym zresztą dobrze wiecie z mojego bloga). Powoli zapoznawałam się z tym krajem, z jego kulturą, obyczajami, polityką, ekonomią i problemami społecznymi, ale tym razem "od środka", nie z ust europejskich komentatorów. Kupowałam wtedy tylko jedną gazetę "Hürriyet Daily News" - angielsko-języczny dziennik, która wówczas była moim przewodnikiem po codziennych newsach. Nie wszystko czytałam, nie we wszystko miałam ochotę zagłebiać się od razu, jednak zawsze czytałam jednen artykuł - Mehmeta Ali Biranda. Z czasem zauważyłam, że właściwie kupuję ten dziennik tylko dla niego. Nikt tak jak on nie tłumaczył mi zawiłości tureckiej polityki, konfliktu turecko-kurdyjskiego, nikt tak odważnie nie oceniał posunięć Erdoğana i w ogóle ekipy rządzącej, nikt nie miał tak otwartego, liberalnego umysłu, nikt nie był tak oczytany i zorientowany w tym, co w ogóle dzieje się na całym świecie jak Mehmet Ali Birand. Przy okazji nikt nie pisał tak intrygująco, z ironią i poczuciem humoru. Za każdym razem po przeczytaniu jego artykułu, myślałam sobie - Boże, ale facet ma wiedzę i do tego jaki talent dziennikarski! 

W Turcji jednak pan Birand znany był głównie z telewizji, jako charyzmatyczny, przepełniony pozytywną energią, prezenter wiadomości. Miał też swój autorski program, był autorem wielu książek, pisał do najpoczytniejszych dzienników tureckich i zapewne robił jeszcze milion rzeczy, o których ja jeszcze nie miałam okazji się dowiedzieć.

Wczoraj nagle Mehmet Ali Birand odszedł na zawsze. I jest mi bardzo przykro...
Był absolutnie niezastąpiony i niepowatrzalny. Uważam, że tacy ludzie zdarzają się raz na milion... Turcja straciła niezwykłego dziennikarza i człowieka wielkiego intelektu.

Mnie, cudzoziemce, trudno było wczoraj powstrzymać łzy. Nie wyobrażam sobie, co czują Turcy, którzy tyle lat oglądali na ekranach swoich telewizorów ten charakterystyczny uśmiech pana Biranda...


PS. Zainteresowanych odsyłam do jego kolumny w Hürriyet Daily News

wtorek, 8 stycznia 2013

♪♫ Z nowym rokiem śmiałym krokiem! ♪♫

Nowy rok dla mnie okazał się być naprawdę całkiem NOWY.  Zaczął się wyśmienicie i mam nadzieję, że będzie tylko lepiej, czego sobie i Wam z całego serca życzę :)

Pod koniec roku rada miasta Marmaris otworzyła nam piękny Dom Kultury, do którego ta nazwa w ogóle nie pasuje. To raczej Centrum Kultury i Sztuki, centrum muzyki, śpiewu, tańca, wystaw, twórczych spotkań, nowych znajomości, koncertów itd.... A na pewno miejsce, które zmieniło moje życie i pozwoliło mi w końcu wrócić po długim okresie "hibernacji" do śpiewania. Nie licząc ubiegłorocznej przygody muzycznej, którą miałam w Turcji, a o której może kiedyś tutaj napiszę, mam za sobą wiele miesięcy, podczas których jak wiecie, musiałam skupić się przede wszystkim na tym, żeby się tutaj zaklimatyzować i odnaleźć swoje miejsce. 

Tak się jakoś w ubiegłym roku składało, że miałam bardzo dużo okazji do mówienia po turecku - większość sytuacji po prostu mnie do tego zmuszała. Na szczęście w większości przypadków były to bardzo miłe, towarzyskie sytuacje. Latem, przez kilka dni gościliśmy B. - znajomą ze Stambułu, z którą spędzałam prawie 24h na dobę. B. mówiąca pięknym tureckim, inteligentna i sympatyczna dziewczyna, w sposób naturalny w ciągu kilka dni wprowadziła do mojego słownika co najmniej kilka nowych wyrażeń. Zimą z kolei, przez kilka dni gościliśmy S. - dziewczynę H., co oprócz super okazji do mówienia cały czas po turecku (S, też wyraża się elegancko, bez żadnych "yaaaa" itp.), było fantastycznym kulturowym doświadczeniem. Bo oto wyobraźcie sobie S. - Turczynkę, dziewczynę pochodzącą z dość konserwatywnej rodziny, noszącą chustę i czytającą Koran, ale przy tym studiującą administrację, oczytaną i osłuchaną i naprawdę inteligentną, do tego Kurdyjkę - siostrę naszego przyjaciela H. (nie raz wspominanego przeze mnie na tym blogu) - Z., która też czyta Koran, więc i chustę nosi, ale jak wiecie kurdyjska rodzina H. jest chyba jeszcze bardziej inna i konserwatywna, i do tego mnie - o mnie już co nieco wiecie. Wyobraźcie sobie teraz naszą trójkę na zakupach w sklepie z bielizną, kiedy pokazuję im seksowny, czerwony komplet na wystawie, a one kręcą głowami, przynoszą mi jakieś mikro stringi i mówią, żebym wzięła coś bardziej seksi!!!!!!!!!!!! :) Allahim ya! :) Oprócz zabawnych sytuacji, przegadałyśmy naprawdę wiele godzin. Okazało się, że nawet z moim dalekim od perfekcji tureckim da się porozmawiać zarówno o miłości, rodzinie, religii, kulturze, zwyczajach, jak i polityce, systemie szkolnictwa i ekonomii.

Zapadła mi też na długo w pamięci rozmowa z S., kiedy opowiadała, że na weselach w jej rodzinie kobiety nie tańczą na tej samej sali, a nawet na tym samym piętrze, co mężczyźni. Z przyjazdu do nas, do Marmaris, musiała zrobić wielką tajemnicę i nieźle się nakombinować, żeby w ogóle mogło to dojść do skutku. Gdyby ktoś się dowiedział, że przyjechała odwiedzić H.....Na co ja chcąc ją pocieszyć, powiedziałam: "nie martw się, z czasem to wszystko się zmieni, z czasem kobietom będzie więcej wolno (dla sprecyzowania: tutaj, w Turcji wszystko zależy od tego w jakiej rodzinie i gdzie się urodziłaś)", na co S. otworzyła szeroko oczy i odpowiedziała mi: "Ale ja wcale nie chcę, żeby to się zmieniło! Ja rozumiem dlaczego tak jest, poza tym moja matka tak żyła, babka tak żyła, to są nasze wartości, ja wcale nie mam ani ochoty ani zamiaru tego zmieniać." W tym momencie zrozumiałam jaką ignorancją wykazałam się, zakładając, że ona pragnie na pewno tego, czego ja bym pragnęła będąc na jej miejscu. Nic bardziej mylnego! Szczerze mówiąc to nawet w pewnym sensie zaimponowała mi. Kiedy ostatnio widzieliście kogoś w Polsce broniącego swoich tradycji, nawet jeśli życie w zgodzie z nimi nie jest łatwe, wygodne i przyjemne?

W każdym razie dalej uważam, a nawet jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że język jest na emigracji kluczem do rozpoczęcia nowego życia, do normalności, do nawiązywania kontaktów, zawierania przyjaźni, a wreszcie do wykorzystywania swoich talentów i umiejętności, bycia....użyteczną częścią systemu, która nie tylko bierze, ale i daje. W efekcie również do głębszego poznawania kultury, stając się jej częścią, a i zyskując jakby nową tożsamość, jakby drugą tożsamość (bo nie wiem jak Wy, ale ja aktualnie jestem na etapie, na którym mam jakby dwie tożsamości - ja w Polsce i ja w Turcji, z obu czerpię i obie jakoś się przenikają).

To przede wszystkim język właśnie umożliwił mi w tym roku to, co w ubiegłym nie byłoby jeszcze możliwe. Zaraz po otwarciu Centrum Kultury, zapisałam się na kurs tureckiej muzyki klasycznej i tańca folklorystycznego. Tu muszę się pochwalić, że latem jeszcze, wiedząc o planowanym otwarciu Centrum Kultury, napisałam list do rady miasta z prośbą o stworzenie kursu muzycznego i językowego, no co odpisano mi, że bardzo chętnie i że jak najbardziej! :) Nie sądzę, żebym była jedyną osobą, która wpadła na ten pomysł, ale cieszę się, że w ogóle odważyłam się to zrobić i że przede wszystkim udało się! Rok temu napisanie takiego listu było dla mnie raczej nie do pomyślenia.

Efekt jest taki, że śpiewam w reprezentacyjnym chórze rady miasta Marmaris (ja - Polka! :D) i tańczę w reprezentacyjnym zespole tańca folklorystycznego rady miasta Marmaris! :) Jedno i drugie sprawia mi niebywałą radość (stali czytelnicy wiedzą o mojej przeszłości muzycznej ;) zabrzmiało niemalże jak "przeszłości kryminalnej":D). Poznałam bardzo ciekawych, wspaniałych ludzi. Czesem patrząc w nuty nie dowierzam, co ja śpiewam, ale w tych momentach właśnie radość wypełnia mnie po brzegi! Akompaniują nam na dla mnie jeszcze do niedawna nowych instrumentach takich jak np. kanun, a ja myślę czasem sobie, że to chyba nie dzieje się naprawdę. 


Mam jeszcze w najbliższych planach kolejne muzyczne kursy, mam nadzieję, że życia mi na to starczy! :) Do tego zaczynamy koncerty i szczerze mówiąc - czuję, że żyję! :)

Kochani, tego właśnie Wam życzę w 2013 - żebyście czuli, że żyjecie, oddychali pełną piersią i czuli krew krążącą w żyłach :)

Na deser przesyłam Wam kilka zdjęć z niedzielnego spaceru. Żeby nie było - dzisiaj są u nas 2 stopnie!!!! Ale trzeba przyznać, że niebo jest na szczęście nadal niebieskie i słoneczko pięknie nam świeci, co bardzo doceniamy po wielu tygodniach deszczu w listopadzie i grudniu.

Dla melomanów załączam kilka utworów, które mamy w repertuarze naszego chóru - jeszcze nie w naszej wersji, ale kto wie, może kiedyś do nagrań dojdzie ;) Póki co rada miasta funduje nam wszystkie kursy (poza językowymi) za darmo, więc może i studio da się zrobić? A może by tak do nich napisać w tej sprawie? ;) 













1. Mój faworyt - uwielbiam!

   

2. Faworyt nr 2:


3. Też piękne, choć lekko się załamałam patrząc w nuty i ucząc się tego, ale z czasem okazało się, że nie taki diabeł straszny....da się :)


 4. Uwielbiam, tekst jakże nieskomplikowany, a jakże uroczy :) Kiedy z całym chórem śpiewamy: "unut onu gönlüm, unut onu sen de", słowo daję, że każdy wkłada w to całe serce i całą salę przepełnia mega pozytywna energia! :)


czwartek, 29 listopada 2012

I myśmy tam byli i raki pili :) 

Aż trudno uwierzyć, że wesele S. (najmłodszej siostry A.) już za nami. Emocje opadły, choć powracają w tempie natychmiastowym, kiedy tylko oglądamy dvd z nocy henny i przyjęcia weselnego. Jedno jest pewne - ja w swoim życiu byłam tylko na 4 weselach (z czego na 2 będąc małym dzieckiem) i bez wahania stwierdzam, że było to najpiękniejsze wesele, jakie widziałam! :) Z pewnością przeżyłam w ciągu tych dwóch dni jedne z najbardziej magicznych i niezapomnianych chwil w swoim życiu. Wszystkie moje obawy dotyczące sukienki (jaką kupię i jak ja się będę czuła w takim czymś długim, świecącym i kiczowatym), tańca (że jak ja niby pojmę te nienaturalne dla mnie rytmy) i tego jak sobie ogólnie poradzę w całej tej zupełnie dla mnie nowej sytuacji związanej z przyjmowaniem gratulacji, witaniem gości i wieloma typowo tureckimi weselnymi zwyczajami, odeszły w niepamięć wraz z pierwszym tańcem na kına gecesi (nocy henny).

W dniu, kiedy miała się odbyć wieczorem noc henny (która wygląda jak takie mniejsze przyjęcie weselne, ale wcale nie z mniejszą suknią panny młodej!), brałam udział w niemalże rytualnym (patrząc z mojej polskiej perspektywy) przygotowywaniu się do uroczystości. Wczesnym rankiem poszłyśmy z drugą siostrą A. odebrać nasze suknie weselne po poprawkach krawieckich. Wyniknęła z tego awantura, którą elegancka jak dotąd właścicielka salonu sukien nie omieszkała nam zrobić z powodu negocjowania przez nas cen, którego dopuściła się jej pracownica z nami pod jej nieobecność. Oczywistym jest fakt, że negocjowanie ceny jest czymś jak najbardziej na porządku dziennym w Turcji, jednak pracownica nieznacznie poszła nam na rękę, za co o dziwo oberwało się nam, nie jej (!). Na koniec wylądowałyśmy na ostatniej przymiarce w ich salonie krawieckim dokonywanej przez krawcową z Armenii i drugą krawcową, a może raczej krawca -  bardzo elegancką i niesamowicie wymalowaną jak na godzinę 9.00 rano panią, którą jednak przy bliższym poznaniu zdradzały rysy twarzy, świadczące o tym, że pani jest jednak panem :)

Następnie ruszyłyśmy do salonu fryzjersko-kosmetycznego, gdzie w sumie było nas ze 30 - ciągle następowała rotacja (siostry, ciocie, kuzynki, przyjaciółki...) i wszystkie byłyśmy czesane i malowane niczym na rozdanie Oskarów. Za wszystko płacił pan młody :) Na początku pomyślałam, że to trochę strata czasu - nie wygodniej byłoby umówić każdą z nas na konkretną godzinę? Ale miałam wrażenie, że mimo podekscytowania związanego z imprezą i uciekającym czasem, cały nasz babiniec czerpał radość z tego wspólnego upiększania. Wszystko to było niczym rodem z filmu "Stalowe magnolie" czy "Karmel".

Gdybym chciała opisać całą noc henny i wesele, czuję, że wyszłaby z tego książka, a nie chcę Was tutaj zanudzać. Napiszę więc o tym co moim zdaniem najciekawsze. 

Wzrokowców nieco roczaruję - nie zrobiłam prawie żadnych zdjęć! Dlaczego? Bo poszłam za radą mojej przyjaciółki i po prostu dałam się ponieść emocjom i wczułam się w klimat w 100%. Poza tym wyszłam z założenia, że i tak jest fotograf i kamerzysta, więc nie ma sensu biegać ciągle z aparatem. A już poza wszystkim...wiecie, że staram się w miarę możliwości strzec mojej prywatności, a już tym bardziej szanuję prawo do prywatności całej rodziny A., w związku z tym nie zobaczycie tutaj typowych zdjęć weselnych. Ale co nieco pokażę :)

Noc henny z założenia była skromniejszym przyjęciem, choć i tak goście dopisali - było na tyle tłoczno, że po godzinie zabrakło miejsc przy stołach, co jak twierdzi mama A. jest wyznacznikiem tego, że impreza naprawdę się udała (!). S. i jej narzeczony E. weszli na salę i zatańczyli romantyczny, pierwszy taniec (S. w sukni balowej, niczym ślubnej, w kolorze ciemnego fioletu, wysadzanej świecącymi kamieniami, E. w eleganckiej, z lekkim połyskiem - nie pytajcie co sądzę o tym połysku....- czarnej koszuli i takich też spodniach). Potem natychmiast wskoczyliśmy na parkiet i tańczyliśmy tak już do końca do upadłego! :) Okazało się, że w jakiś magiczny, chyba po prostu naturalny sposób pojęłam wszystkie rytmy i wcześniej niezrozumiały taniec. Co więcej, wydaje mi się, że każdemu z Was prędzej czy później by się to udało. Najważniejsze to otworzyć się na nowy sposób poruszania się i rozkład akcentów w rytmie, dać się ponieść muzyce i temu obezwładniającemu transowi, otworzyć się na taniec "do ludzi" i "z ludźmi". Bo faktycznie jest tak, że bardzo dużej fizycznej bliskości w tych tańcach nie ma, ale jest na pewno komunikacja z drugą osobą, albo z całą grupą. Zwracasz się w tym tańcu do kogoś, uśmiechasz się, jesteście razem w swoistym transie, gdzie nic absolutnie nie liczy się poza tym co tu i teraz. Moimi ulubionymi były rytmy typowo romskie. Oto i mój absolutnie topowy, ulubiony utwór weselny (tu akurat z filmu Eyvah eyvah 2):


Tekst mnie rozbraja nie mniej niż muzyka, bo oto chłopak zwraca się do teściowej mniej więcej tymi słowy: "Ty teściowo, co ty nam zrobiłaś? My się tak kochaliśmy! A teraz musimy uciekać!" i "Dwojgu ukochanym nie dali się kochać (...) a przecież widzieli, widzieli! [jak się kochamy]" - czyli klasyczna turecka historia miłosna :)
Ale też przypadły mi do gustu szybkie kawałki znad Morza Czarnego (bo ja w ogóle lubię karadeniz müzik). Poza tym było też efe - czyli muzyka znad naszego Wybrzeża Egejskiego charakteryzująca się wolnym tempem, do którego mężczyźni pięknie tańczą z rozłożonymi rękoma, jak wielkie ptaki, wymachując nieco dziwacznie nogami, a pośród nich davul, czyli wielki bęben, na którym bębniarz przygrywa co lepiej tańczącym tak, że każde uderzenie przeszywa na wskroś.

Na koniec najważniejszy punkt wieczoru - S. przebrała się w piękny, tradycyjny strój - jedwabne czerwone spodnie i bluzkę, do tego cudne wyszywane buciki z pomponem i tiulowy, wyszywany złotymi kamykami płaszcz. Na czole miała koraliki i wyglądała rozbrajająco - jak z "Baśni z 1001 nocy"! I jej i E. narzucono na głowy czerwone, wyszywane złotem tiulowe chusty, a my - panienki (w cywilno-prawnym tego słowa znaczeniu ;)) zaczęłyśmy tańczyć dookoła nich w welonach na głowach i ze świecami w rękach do "Yuksek yuksek tepelere.." (już kiedyś pisałam o tym utworze). Następnie zgodnie z tradycją ciocia próbowała otworzyć dłoń S., żeby pomalować ją henną:


S. jednak otworzyła ją dopiero, kiedy teściowa włożyła w nią złoto:



Wtedy ciocia mogła już pomalować dłoń S. henną:


A co ciekawe - henną malowana jest też dłoń pana młodego. Następnie obie dłonie zawijane są w jedwabne woreczki:


Chwilę później atmosfera zmieniła się nie do poznania. Wszyscy z "naszej" rodziny (czyli rodziny S.) żegnali S. płacząc i przytulając ją na przemian. A. wcześniej wyjaśnił mi, że oczywiście, że wszyscy się cieszą szczęściem pary młodej, ale to też jest dla nich pożegnanie S., która odchodzi na zawsze z domu rodzinnego. Przyznam, że trudno było się nie wzruszyć...więc nawet nie próbowałam się powstrzymywać.
Potem tańce kontynuowane były do godz.12.00 (niestety, to tutaj standard), ale wybawiliśmy się na całego. Doszły rytmy egipskie i dyskotekowe, a widoku S. tańczącej z nami w tym tradycyjnym stroju "Gangham style" nie zapomnę do końca życia! :)

Z mojej perspektywy noc henny była rozgrzewką przed weselem. Impreza weselna odbyła się w pięknym hotelu Pineta w Marmaris (swoją drogą jeśli wybieracie się do tego hotelu na jakieś fajne last minute, to moim zdaniem nie zawiedziecie się). Oczywiście ponownie stadnie zaliczyłyśmy salon piękności. 
Wieczorem pan młody z rodziną, konwojem motorów (pan młody jest wielbicielem motorów) i panami "muzykantami" przyjechał po S. do jej domu rodzinnego, aby wziąć ją tym razem na zawsze. 





No i płacze zaczęły się na nowo...tym razem trudno było oderwać mamę od S., jej siostrę, nawet tata płakał jak bóbr, choć on akurat do wybitnie wylewnych osób nie należy. Ale w końcu "porwali" naszą małą S. :) I widziało to i słyszało chyba całe Marmaris!



A potem na pięknej, białej sali, w iście hollywoodzkim stylu (i tu akurat piszę bez ironii) sali hotelu Pineta, odbyło się cudne, huczne wesele, którego ja na pewno nie zapomnę do końca życia. S. była uroczą panną młodą. Była tak naturalna i tańczyła tak ślicznie, że wyglądała, jakby była już panną młodą jakieś 1500 razy. S. jak większość znanych mi Turczynek na pewno do super szczupłych osób nie należy, jednak nigdy wcześniej nie pasowało jej to tak jak tego wieczoru. Odkryte ramiona sukienki pokazywały jej taki uroczy tłuszczyk, którym poruszała w tańcu (a tańczy znakomicie!) z taką gracją, wdziękiem i seksapilem, jakiego nigdy wcześniej na żywo nie widziałam. Wszyscy byli absolutnie oczarowani.

I myśmy tam byli i raki pili :) 



środa, 7 listopada 2012

Oświadczenie

W związku z tym, że na niektórych blogach o Turcji pojawiają się komentarze pisane przez kogoś o pseudonimie Tutku, niniejszym oświadczam, że nie są to moje komentarze. Komentarze mojego autorstwa zawsze zawierają link do mojego bloga www.turkiye-tutkum.blogspot.com. Wszystkie komentarze podpisane przez "Tutku" bez linku przekierowującego do mojej strony, nie są pisane przeze mnie.