sobota, 9 sierpnia 2014

Na plaży, na plaży fajnie jest!

Mam to szczęście, że mieszkam ok. 1 min od plaży. Plaży publicznej w Marmaris. Kto był w Marmaris i okolicach ten wie, że większość plaż tutaj należy do hoteli lub restauracji i nadmorskich pubów, w związku z czym leżaki i parasole są na nich płatne (w tym sezonie to ok. 7 - 10 lir za 1 leżak). Jeśli nie podoba Wam się opcja płacenia za leżak, zawsze możecie wybrać opcję, w której leżak macie za darmo, ale płacicie za zamawiane napoje. I tu przypomniała mi się pewna historia. Z dziwnych zachowań Polaków, które widziałam w Turcji, to należy do tych, których nie mogę zapomnieć.

Kilka lat temu na plaży właśnie byłam świadkiem tekiej oto przedziwnej sytuacji. Pewnego dnia przyszła na nią polska rodzina - pan w średnim wieku z żoną i nastoletnim synem. Pan ubrany był w specyficzną koszulkę, po turecku "atlet" czyli coś, co Turcy zakładają pod np. biała koszulę i co stanowi element garderoby zaliczany do bielizny. Do tego pan miał czapkę z daszkiem i kąpielówki w stylu lat 80-tych (czyli....przepraszam, ale wyglądające jak majtki). Niestety jest to bardzo często spotykany tutaj wizerunek Polaka. Ach, byłabym zapomniała - z reklamówką w ręce oczywiście! Choć w tym ostatnim akurat dla Turków nie ma nic dziwnego. Pan z rodziną skierował się szybkim i zdecydowanym krokiem w stronę wolnych leżaków, na których władczo pożył ręcznik i reklamówkę, oznajmiwszy, że wybiera opcję "leżak za darmo, płacę za napoje". Po całym dniu plażowania i zamawiania przeróżnych napoi chłodzących, przy wyjściu z plaży pan postanowił jednak przechytrzyć obsługę i powiedział, że to jakieś nieporozumienie i nie zamierza uregulować rachunku, ponieważ kupił wakacje All Inclusive i w hotelu powiedziano mu, że to obejmuje również plażę (warto dodać, że pan zatrzymał się w jednym z najtańszych hoteli w Içmeler, nie posiadających swojej plaży) i że nie do końca zrozumiał po angielsku, że za napoje trzeba będzie zapłacić (za to doskonale zrozumiał, że wtedy leżak będzie za darmo). Wywiązała się nieprzyjemna dyskusja, w wyniku której pan stwierdził, że choćby pękł to nie zapłaci, nawet jeśli miałby te leżaki myć i polerować. Obsługa stwierdziła, że w zasadzie to świetny pomysł :) Dano mu więc ściereczkę i pan razem ze swoim synem... wycierał i polerował 3 leżaki, pod nadzorem obsługi nie wahającej się czynić uwagi co do dokładności.

Anegdot z plaż mam wiele, nie tylko związanych z Polakami. Mnóstwo romansów, kłótni zakochanych, scen zazdrości, bójek, interwencji policji. Temat z pewnością nie do wyczerpania.

Plaża publiczna obok naszego domu to jednak zupełnie inna bajka. Po pierwsze: nie ma leżaków, więc nie ma problemu :) Po drugie: problemy, jeśli w ogóle na niej bywają, są zupełnie innego kalibru. Plaża położona jest w sąsiedztwie głównego deptaku w Marmaris i jednej z głównych ulic, która ciągnie się wzdłuż morza.

Podobnie jak na ulicach, tak i na plaży ok. 80% ludzi stanowią mężczyźni. O ile dla mnie i dla A. nie stanowi to większego problemu (dopóki wiesz, jak się zachować na plaży publicznej, będąc yabanci, a szczególnie blondynką), o tyle mam całkiem sporo koleżanek, których mężowie nie zgadzają się, żeby siedziały na tej właśnie plaży. Dlatego jeśli tam chodzę, to zazwyczaj sama lub z F., której mąż dla mnie jest ideałem tureckiego męża (zgadza się na wszystko, bo u nich w domu nie występuje w ogóle sytuacja "wyrażania na coś zgody", mąż ma do niej po prostu ZAUFANIE, czyli takie słowo, którego znaczenie w dużej mierze Turcy nie do końca pojmują w odniesieniu do związków). Ale ja wprost uwielbiam chodzić tam sama! Niestety w środku sezonu ze względu na temperaturę nie jestem w stanie wytrzymać dłużej niż godzinę. Zawsze pływam, słucham muzyki i czytam książkę. To mój totalny reset i nie potrzebuję do tego niczyjego towarzystwa, jest mi samej wprost wyśmienicie. Kiedy jakaś grupka facetów siada blisko mnie (ZBYT blisko), po prostu przesiadam się, bo dyskusja nie miałaby sensu. Ale generalnie jestem tam zazwyczaj tak pochłonięta sobą i swoim odpoczynkiem, że to chyba wystarczająca informacja niewerbalna dla otoczenia, że nie ma co ze mną zaczynać ;) Zawsze też staram się siedzieć wśród rodzin lub starszych pań - sprawdzony patent.

Kiedy natomiast chcemy poplażować razem z A., zazwyczaj jedziemy w jakieś bardziej kameralne miejsce, z dala od Marmaris, bliżej natury, gdzie jest jak najmniej ludzi - dla nas to wyznacznik nr1, a uwierzcie mi, że to niełatwy do zrealizowania cel w środku sezonu.

Kiedy piszę ten tekst, wiekszość z Was albo właśnie albo siedzi na plaży, albo to planuje, albo już za tym tęskni. No cóż...wszak "na plaży, na plaży fajnie jest!" :)


Plaża publiczna w Marmaris, GRUDZIEŃ

Turunç, KWIECIEŃ
Bywa i tak :) Günlücek, MAJ

Mój tegoroczny faworyt - plaża w Ölüdeniz, LIPIEC

Ayin Köyü, SIERPIEŃ

Akyaka, SIERPIEŃ
I teraz moje ulubione z serii znajdź 3 różnice:
Plaża publiczna w Marmaris, GRUDZIEŃ



Plaża publiczna w Marmaris, SIERPIEŃ (czyli środek sezonu)  :)




środa, 6 sierpnia 2014

Czy ja się "STURKOWAŁAM"?!?!?

Macie czasem takie wrażenie, jakbyście oglądali film o swoim życiu? Jesteście gdzieś, ale nagle zyskujecie tą specyficzną trumanowską perspektywę, z której widzicie siebie z dystansu, będąc jakby na zewnątrz, a nie wewnątrz danej sytuacji.
Zdarza mi się sporadycznie tego doświadczyć, zazwyczaj wtedy, kiedy uświadamiam sobie, że jestem gdzieś lub robię coś, co dotąd było dla mnie dziwne i trudne do wyobrażenia.
Ostatnio poczułam to dwa dni temu, kiedy to wybrałam się z moją koleżanką i jej dziećmi na wycieczkę. Co w tym dziwnego? - spytacie. Otóż to:

1. Sama im tą wycieczkę zaproponowałam (tak, ja! To znaczy, że koleżankę naprawdę lubię, a jest Turczynką! A wiecie, jakie mam z Turczynkami doświadczenia...).

2. Zorganizowałyśmy sobie wszystko same, co nie było akurat wybitnie trudne, bo jechałyśmy do pobliskiej miejscowości Akyaka. A jednak to zawsze dla mnie zdecydowanie większa satysfakcja, kiedy można sobie samemu zorganizować wycieczkę i działać według własnego planu, a jeszcze lepiej - zupełnie bez niego :)

3. Ze zdumieniem stwierdziłam, że z koleżanką i jej dziećmi czuję się swobodnie, dobrze, mamy wiele tematów do rozmowy, ale też czasem sobie razem milczymy i nie towarzyszy temu to specyficzne napięcie, które każe na siłę szukać tematów do dyskusji. Ba! Nawet popłakałam się ze śmiechu!

4. Wyjątkowo rzadko tego dnia zdarzyło mi się mieć problem ze znalezieniem właściwego słowa po turecku, a należy nadmienić, że F. - moja koleżanka - jest jedną z najładniej wypowiadających się po turecku osób jakie tutaj poznałam (wychowała się w Stambule i stwierdzam, że to kolejna osoba ze Stambułu, którą znam posługująca się poprawnym i takim trochę "telewizyjnym" tureckim). Nie skłamię, kiedy powiem, że codziennie uczę się od niej nowego słowa, co jest szalenie motywujące. Jednak zazwyczaj rozmowy z osobami tak ładnie się wypowiadającymi, nieco mnie stresowały, ze względu na to, że mój turecki z pewnością perfekcyjny jeszcze nie jest. Tymczasem z F. - pełen luz.

I kiedy tak sobie siedziałyśmy nad rzeką Azmak (po kąpieli w jej lodowatych wodach!), śpiewałyśmy po turecku i śmiałyśmy się, nagle do mnie dotarło, że wokół nas są wszędzie same tureckie rodziny i ani jednej/jednego yabanci (cudzoziemca). Dotarło też do mnie, że nie dziwi mnie, że wszyscy oni mają termosy, a w nich herbatę (mimo, że jest ok. 47 stopni w cieniu!), że wszyscy pływają w rzece, która jest tak lodowata, że aż stopy bolą po pierwszym zanurzeniu, że ktoś do nas czasem zagaduje, dzieląc się wrażeniami i że dzieci prawie samopas bawią się bez większego nadzoru nad brzegiem i w wodach rzeki (w której jest silny nurt).

Po kąpielach w rzece, morzu, po zjedzeniu balık ekmek (bułki z rybą) i spacerze po lesie sosnowym, mimo nieziemskiego upału...poszłyśmy przed powrotem do Marmaris na herbatę! :) A wieczorem z około 200 zdjęć, które tego dnia zrobiłyśmy, wrzuciłam na facebooka....chyba ze czterdzieści!!! Mało tego, w knajpie u rybaka zameldowałam się na fejsie, wrzucając nasze selfie z rybą! :D

I TERAZ MOI DRODZY MAM TAKIE PYTANIE (ZGOŁA RETORYCZNE), KTÓRE ZWAŻAJĄC NA MOJE KRYTYCZNE WYWODY NA TEMAT ZACHOWAŃ TURKÓW, OBSZERNIE OPISYWANE PRZEZE MNIE NA TYM BLOGU, TRĄCI TOTALNĄ HIPOKRYZJĄ - CZY JA SIĘ "STURKOWAŁAM"?:)
Przemyślmy sprawę kontemplując zdjęcia z uroczej Akyaki, która z pewnością zachwyci Was architekturą zabudowań w starym, otomańskim stylu i specyficznym klimatem, na który składa się powolne tempo życia w tej maleńkiej miejscowości, nie bez powodu należącej do ruchu Cittaslow, propagującego niespieszne podróżowanie i życie zgodnie z naturą oraz dbałością o zachowanie unikatowego bogactwa kulturowego.

Akyaka
Drzewa eukaliptusowe



Lodowata, choć piękna i krystalicznie czysta rzeka Azmak.









A tutaj już morze :)
 I na koniec zagadka - co to?












środa, 16 lipca 2014

Ile wieści w poście się zmieści?


Bywam leniem. Ale za to kreatywnym. Mogłabym na przykład podać co najmniej 20 powodów, które stały mi na przeszkodzie w pisaniu bloga przez ostatnie kilka miesięcy. Ale czy nie byłoby to marnowaniem Waszego i mojego czasu?
W ramach ''słowa na niedzielę'' proponuję wieści z ostatnich miesięcy, które tak oto się przedstawiają:

1. WYPALENIE.
Żeby chociaż zawodowe...właściwie OBY zawodowe, ale nie, bynajmniej. Wypalił się we mnie bezkrytyczny zachwyt nad Turcją. Znany mi (i Wam zresztą też) jest mój kryzys, który przeżywam w środku lata i w środku zimy, kiedy to wszystko mi nie w smak i chcę wracać do Polski, która wówczas jawi mi się jako raj na ziemi. Tak właśnie znowu jest.

2. PRACA.
Czynnik, który przede wszystkim przyczynił się do popadnięcia w wyżej opisany stan. 
Ten sezon pod tym względem zaczął się obiecujaco. Rozpoczęłam pracę (nielegalną oczywiście, ze względu na mój brak prawa do pracy - niezaznajomionym z wątkiem prawa do pracy legalnej w Turcji dla cudzoziemców wyjaśnię tylko po krótce, ze uzyskanie go graniczy z cudem) w 4* hotelu na recepcji. Hotel bardzo ładny, praca załatwiona oczywiście po znajomości, co wiązało się z kilkoma herbatkami wypitymi z odpowiednimi ludźmi w odpowiednim miejscu i o odpowiedniej porze. Nie bez powodu wyczuwacie kryminalno-komediowy klimat sytuacji. Praca była ciekawa, ba, nawet na tyle, że z nadmiaru adrenaliny trzeba było jednak z niej odejść. Cóż, powiedzmy, że miałam dość uciekania na ulicę, bo przyszła kontrola, a ja przecież pracuję, ale jakobym nie pracowała ;) Na pewno jednak nie zapomnę moich menagerów i właścicieli hotelu, którzy trzeba im to przyznać, byli jednymi z najinteligentniejszych i najlepiej wykształconych Turków, jakich podczas ostatnich kilku lat tutaj poznałam. Studiowali, mieszkali, a potem wiele lat pracowali w Stanach, między innymi zajmując się managementem tureckich gwiazd muzyki klasycznej. Dużo by opowiadać i szkoda, że wtedy nie pisałam bloga. Ale przy tamtym trybie pracy (12h oczywiście i bez wolnych dni), byłoby to trudne.
Wątek pracy w tym sezonie jest długi i skomplikowany. Gdzieś po drodze zdarzyła mi się praca w szeroko rozumianej turystyce. Nawet miałam okazję wykorzystać licencję pilota wycieczek (a właściwie wiedzę zdobytą podczas kursu), ale w związku z tym, że jak każda praca w TR, ta też wiązała się z ukrywaniem z wiadomych przyczyn i uzasadnionymi podejrzeniami, że jestem śledzona, niestety pewnego dnia przyszło mi się poddać i rzucić i to.
Ba, nawet praca na bazarze nie jest mi obca! Ale to już chyba wątek na oddzielną notkę, bo taką chyba popełnić muszę - w końcu nie każda Polka ma okazję pracować na tureckim bazarze sprzedając owoce ;) Taki to awans mnie spotkał!

3. KOLEŻANKI.
Nie zmieniłam zdania na temat tureckich koleżanek. Właściwie ostatnie miesiące przyczyniły się do pogłębienia mojego rozczarowania nimi. Większość otaczających mnie Turczynek jest (przepraszam, będzie dosadnie) dwulicowa, nachalna, narzucająca się, prosta (żeby nie powiedzieć prostacka), niewykształcona i nie przejawiająca żadnych większych ambicji, mściwa, knująca intrygi, zakłamana. To oczywiście obserwacje na podstawie MOICH doświadczeń. Obyście mieli inne ;) Oddając im sprawiedliwość muszę dodać, że znam może 2-3, które zdecydowanie są inne, z którymi zawsze jest o czym porozmawiać, choć trzeba sie pilnować, bo narzucanie się to chyba narodowa cecha Turków, przez nich samych rozumiana jako gościnność, otwartośc i towarzyskość.

4. IM LEPIEJ POZNAJĘ LUDZI, TYM BARDZIEJ KOCHAM ZWIERZĘTA.
Zgodnie z powyższym :) A konkretnie mam dwa do kochania. W lutym A. na Walentynki przyniósł ślicznego, puszystego, białego króliczka, a właściwie panią królikową - Duygu, a za miesiąc dołączyła do naszego teamu siostra Duygu - Asli/Miki Fare, która wygłodzona 
i wychudzona wyglądała bardziej jak mysz niż jak królik (stad ''fare'' czyli po turecku mysz). Obie mają się wyśmienicie, jak widać na załączonych obrazkach:


Aslı/Miki fare

Duygu



Razem :)


5. MUZYKA
Wiosną miałam genialną kilkumiesięczną przygodę muzyczną - poznałam świetnego nauczyciela z ogromnym doświadczeniem i talentem pedagogicznym. Miałam niezapomniane lekcje z teorii tureckiej muzyki klasycznej w połączeniu z praktyką. Nie będę Was tutaj zanudzać szczegółami, ale mam jedna radę - czymkolwiek się zajmujecie, co wymaga nieustannego dokształcania się, zmieniajcie co jakiś czas swoich mistrzów - to daje zdrowy dystans i nowe spojrzenie zarówno na dziedzinę, którą się zajmujecie, jak i na siebie.


6. PODRÓŻE.
Cóż, zbyt wiele tego nie było. Ale miałam w końcu okazję zobaczyć słynną Błękitną Lagunę w Ölüdeniz - póki co najpiękniejszy kawałek morza jaki dotąd w Turcji widziałam.









Choć i tak część z Was pewnie powie, że nie ma jak Marmaris ;) Dla tych niepoprawnych wielbicieli przesyłam 2 zdjęcia, które zrobiłam niedawno pewnego wczesnego poranka (jak na moje zerowe umiejętności fotograficzne, uważam je za moje zdjęcia roku ;))







środa, 5 lutego 2014

Zapraszam cię na....wspólne sprzątanie.


Już nie pierwszy raz dostałam takie zaproszenie. Przyznam, że za pierwszym razem trochę się zdziwiłam, ale że zaproszenie wyszło od mamy A. ("teściowej"), zgodziłam się bez wahania. Dlaczego miałabym jej nie pomóc?

Następne zaproszenie tego typu otrzymałam od siostry A., kiedy wprowadziła się do nowego mieszkania po ślubie. Więc sprzątałyśmy w tym samym czasie dwa domy - jednego dnia dom rodziców, drugiego siostry. Dodam, że jednocześnie my wprowadziliśmy się wtedy do naszego mieszkania i...NIE ZAPROSIŁAM NIKOGO NA SPRZĄTANIE (!!!).

Dziś takie.....(ochhhhhh, cisną mi się na usta epitety nie nadające się do publikacji na blogu....) sympatyczne zaproszenie otrzymałam od koleżanki. Przez ostatnie 3 tygodnie chodziłam z nią prawie codziennie po kilka godzin po całym Marmaris szukając mieszkania do wynajęcia dla niej i jej męża (nie pytajcie proszę o to, dlaczego mąż z nią nie chodził, bo będę musiała naprawdę napisać wiele niecenzuralnych słów...). Ok, nawet ją lubię, ok, pomagam znajomym, to chyba taki ludzki, naturalny przejaw sympatii. Tylko jak to zwykle w Turcji - dasz palec, wezmą całą rękę. Oczywiście jeśli macie jakieś skuteczne rady jak odmawiać w tego typu sytuacjach, dzielcie się. Dodam, że kłamać nie znoszę, a kłócić się nie chcę.

Także taka "drobna" różnica - my w Polsce zapraszamy na parapetówkę, tu w Turcji zapraszają cię na wspólne sprzątanie. O parapetówce jeszcze nie słyszałam. Baa, nawet o domówce nie słyszałam. Przynajmniej o domówce w bliskim mnie i moim polskim znajomym rozumieniu tego słowa. Owszem, spotykamy się z A. z przyjaciółmi. Rozmawiamy, pijemy herbatę, czasem raki (zależy z kim, bo spora część nie pije alkoholu lub pije okazjonalnie -nawet nie ze względów religijnych, ale po prostu nie przywykli do takiego sposobu spędzania czasu). Ale tańców do białego rana, jak z moimi znajomymi w Warszawie, niestety nie ma, nad czym bardzo, bardzo ubolewam. Niby taki trywialny problem, ale moim zdaniem dobra impreza potrafi ludzi odstresować i zintegrować jak nic innego!

Zamiast imprezy idę dziś na szorowanie podłóg chlorem i czyszczenie okien gazetami (tak, to między innymi tureckie sposoby perfekcyjnych pań domu)  i tym podobne czynności, które to mają być okazaniem wsparcia i bycia RAZEM.

Nie byłabym sobą, gdybym na koniec nie dodała co o tym sądzę. NIE WYOBRAŻAM SOBIE ZAPRASZAĆ KOGOKOLWIEK NA SPRZĄTANIE MOJEGO MIESZKANIA! Po pierwsze nawet by mi to nie przyszło do głowy, po drugie prędzej bym umarła ze wstydu, niż zaprosiła kogoś do brudnego domu.


PS. Godzina 19.30 - raportuję, że wykręciłam się ze sprzątania :) Niewinnym kłamstewkiem, w zasadzie półprawdą...;) Koleżanka niepocieszona, ale trudno. Powiedzmy, że jestem na drodze do wprowadzania w moje "tureckie" życie asertywnej odmowy.

piątek, 31 stycznia 2014

Walka o rząd dusz.

30 marca mamy w Turcji wybory samorządowe. Mnie to jakby nie dotyczy, jako, że nie posiadam jeszcze prawa do głosu (nie mam obywatelstwa tureckiego). Nie dotyczy, a jednak dotyczy. Mimo, że prawa do głosu nie mam, to na szczęście mam prawo do myślenia. I wypowiadania na głos swoich opinii. Choć z tym ostatnim w Turcji, to oczywiście w granicach umiaru (które wyznacza Erdogan, jakby ktoś miał wątpliwości).

Czy mi się to podoba, czy nie, wynik wyborów wpływa bezpośrednio na moje życie. Jak wiecie, dzięki uprzejmości miłościwie nam panującego burmistrza Marmaris (z ramienia partii CHP), ja i setki innych możemy uczęszczać na darmowe kursy w zbudowanym z jego inicjatywy Centrum Kultury. Mogę też śpiewać w chórach, poznaję ciekawych ludzi i moje życie zmieniło się o 180 stopni. Nie przeczę, nasze miasteczko wygląda też schludnie, czysto, jest bezpieczne i zarazem pełne życia. Jak na tak małą miejscowość (ludność: 30 tys.), mamy naprawdę dobrze rozwiniętą infrastrukturę i bogatą ofertę turystyczno-kulturalno-rekreacyjną. I owszem, wielka w tym zasługa burmistrza, ponieważ oprócz gierek politycznych, które z pewnością uprawia jak wszyscy inni wokół niego (choć chyba dyskretnie, bo skandali  i dowodów brak), przykłada też dużą wagę do nowych projektów. Jak mniemam robi to poniekąd, żeby się zaprezentować od najlepszej strony i wygrać nadchodzące wybory. Ale dopóki robi to z korzyścią dla obywateli, to ja mu to wybaczam.

Generalnie mój stosunek do polityki jest następujący - brzydzę się nią, ale zdaję sobie sprawę z tego, że czy nam się to podoba, czy nie, jest częścią naszego życia. Owszem, śledzę wydarzenia w Polsce, w Turcji i na świecie. Ale nie maniakalnie. Owszem, mam swoje opinie i poglądy polityczne. Ale o tym za chwilę.

Wczoraj odczułam na własnej skórze walkę polityczną, która w związku z nadchodzącymi wyborami już się zaczęła. I to walkę metodami póki co wysublimowanymi, których swoją drogą najbardziej nie lubię. Walkę nie wprost, ale "kulturalnie", czyli...cóż...manipulacyjnie.
Wczoraj zadzwoniła do mnie N. z pytaniem co robię w sobotę rano (czemu mnie nie dziwi to pytanie z jej strony...;)). Mąż N. jest zaangażowanym politycznie zastępcą przewodniczącego młodzieżówki CHP (partia lewicowa, zainteresowanych odsyłam do wikipedii itp.) i N. mimo, że w partii nie jest, często wspiera jej działania. Otóż N. zaproponowała mi sobotnie śniadanie w towarzystwie burmistrza. I setek innych kobiet. Generalnie burmistrz zaprasza wszystkie panie na śniadanie w hotelu :) Uroczo, prawda? Oczywiście znam setki takich pań, co to pobiegną jak na skrzydłach. Ja w każdym razie odmówiłam. N. jest niepocieszona, ale musiała zaakceptować fakt, że nie mam potrzeby zjedzenia śniadania w towarzystwie pana burmistrza (co za afront, nieprawdaż?).
Tego samego dnia w urzędzie podatkowym spotkałam znajomego A. z czasów szkolnych. Podwiózł mnie z wujkiem do domu. Po drodze zapytał, czy może ja i A. mamy ochotę na sobotnią kolację w ładnym hotelu. "W hotelu?" - zdziwiłam się. "A tak, mój wujek jest przewodniczącym AKP w Marmaris, zapraszamy Was na kolację z AKP (AKP - partia prawicowa szefa wszystkich szefów, czyli premiera R.T. Erdogana). I tu muszę przyznać popadłam w lekką konsternację. Widać mój wyraz twarzy nie umknął koledze i spytał wprost: "a ty właściwie po której stronie jesteś?".

I tu dochodzę do sedna sprawy. Otóż w Polsce, w Turcji i w każdym innym kraju byłam, jestem i będę skrajnie po lewej stronie. To się już raczej nie zmieni. Nawet na pewno nie zmieni. Może i mam wywrotowe poglądy, choć dla mnie są całkiem naturalne i poparte latami przemyśleń, wynikiem wielu dyskusji i doświadczeń życiowych, a u ich podstawy leży głęboka wiara w potencjał człowieka.
O prawicy zarówno w Polsce, jak i w Turcji mogę powiedzieć tylko jedno - NIGDY, PRZENIGDY NA NIĄ NIE ZAGŁOSUJĘ, CHOĆBY NIE WIEM CO!!!! A już szczególnie na AKP :) Tak się zastanawiałam jak z klasą wybrnąć wczoraj z tej dyskusji, bo przecież nie powiem przy przewodniczącym AKP w Marmaris, że prędzej umrę niż zagłosuję na Erdogana (wiedzcie, że jeśli mój blog zostanie wkrótce zamknięty, to z powodu tego zdania ;)). Wymówiłam się niewiedzą, przyznając, że wszak w Polsce moje serce biło po lewej stronie, natomiast turecka polityka jest dla mnie tak skomplikowana, że może za 20 lat będę w stanie ją zrozumieć. Generalnie w ciągu ostatnich lat nauczyłam się, że w Turcji w dyskusje polityczne i religijne z nowo poznanymi osobami lepiej nie wchodzić. Szczególnie jeśli są to osoby konserwatywne. Chyba, że chcemy posłuchać długich wywodów w stylu "jest tylko jedna racja - moja racja".

Także w sobotę nikt w Marmaris głodny nie będzie :)
Walka się zaczęła. Ciekawe co będzie dalej.

piątek, 17 stycznia 2014

Facebook i "BERABER".

Z biegiem czasu tak się porobiło, że połowa moich znajomych na facebooku to Turcy, a połowa Polacy, co jest naturalną koleją rzeczy jak mniemam.
Ze wszystkich nacji najczęściej korzystających z facebooka, Turcy są podobno na...5 miejscu na świecie (!). Konto na facebooku mają prawie wszyscy, których znam - od koleżanek i kolegów, po nauczycieli, rodziców, babcie, dziadków itd. I muszę przyznać, że Turcy używając FB są wyjątkowo aktywni. Większość moich fejsbukowych znajomych dzieli się codziennie ze wszystkimi zdjęciami i przemyśleniami średnio raz na 2 godziny, jeśli nie częściej. Każdy przedstawia przede wszystkim (kolejność nieprzypadkowa):

    1.    Ukochanego/ukochaną.
    2.    Rodzinę i przyjaciół.
    3.    Miejsca, w których się aktualnie znajduje.
    4.    Jedzenie.
    5. Wszystkie aktualne stany i odczucia - włącznie ze zdjęciami ze szpitala z kroplówką!!!!!!

Co gorsza, zauważyłam, że z czasem i ja zaczęłam korzystać z FB częściej niż kiedykolwiek przedtem. Jeśli o mnie chodzi, nietrudno chyba zgadnąć czym najczęściej się dzielę z innymi - muzyką oczywiście. Mam też jakąś charakterystyczną dla siebie obsesję przedstawiania Turkom naszej kultury, a Polakom kultury i obyczajów Turków. Jednak aktywnością na FB Turkom oczywiście nie dorównam i....NIE MAM NAJMNIEJSZEGO ZAMIARU!

Mało tego, uważam, że mimo, że serwis ten daje mi poczucie "bycia" w świecie online razem z moimi przyjaciółmi z Polski, to też uzależnia i sprawia, że tracę czas na bezmyślne przeglądanie treści, po które normalnie bym nie sięgnęła, bo w ogóle mnie nie interesują.

Jednak dwa rodzaje treści denerwują mnie wyjątkowo. U znajomych z Polski są to tzw. memy. Ani ich przeglądanie, ani zawarte w nich przesłanie w ogóle mnie nie interesuje, w ogóle do mnie nie trafia (szczególnie banalnych sentencji w stylu "follow your dreams"). Ale te memy w porównaniu do zamieszczanych przez moich tureckich znajomych to jeszcze nic.....Zamieszczanie przez Turków zdjęć zagłodzonych dzieci, torturowanych zwierząt, zdjęć ofiar wojen itp. - oczywiście w dobrej wierze! - to chleb powszedni, który ja muszę zjadać codziennie rano z poranną kawą, kiedy otwieram FB.

Drugi mój "ulubiony" rodzaj treści na "tureckim" FB to użalanie się nad sobą i słodzenie sobie. "Och, ale jestem samotna" pisze znajoma. Pod spodem widzę kilkadziesiąt komentarzy w stylu: "masz nas, kochamy cię!", "Niech Allah odpędzi od ciebie złe myśli", "Niech Allah da ci szczęście", "jesteśmy z tobą" itd. Dodam, że jeśli to jest moja w miarę bliska znajoma, czuję wręcz presję spowodowaną jej oczekiwaniem, że ja też dołączę swoje 3 grosze i napiszę coś w stylu: "i ja ciebie kocham, masz też mnie!". A ja nie mam najmniejszego zamiaru. Trudno, niech mówią potem jacy to my Europejczycy jesteśmy chłodni w okazywaniu uczuć. Szczerze mówiąc to już do tego zarzutu przywykłam. I do tego, że ponoć jestem samotnikiem i powinnam przełamywać to w sobie. Tak dla jasności to 5 dni w tygodniu chodzę na chóry i kursy. W każdym z tych miejsc spotykam min. 20 osób, z czego z kilkoma spotykam się też prywatnie. Na moje tłumaczenie, że czasem mam ochotę poczytać książkę, gazetę i ogólnie pobyć sama, często np. od mojej koleżanki N. słyszę: "Ale z ciebie koleżanka! W ogóle się mną nie interesujesz! Ja bym się chciała spotykać CODZIENNIE! A Ty jesteś takim samotnikiem! Musisz się trochę zmusić do spotykania z ludźmi, przełamać to!". Chciałam dodać, że chcąc nie chcąc widzę się z nią w tygodniu minimum 3 razy :)

Zdaję sobie sprawę, że od kiedy prowadzę tego bloga i od kiedy mieszkam w Turcji nadal narzekam na to samo - na to cholerne "BERABER" (razem). Szlag mnie trafia, kiedy tylko słyszę to słowo. Paradoksalnie w Polsce uwielbiam często spotykać się ze znajomymi. Pytanie tylko co dla nas, Polaków, oznacza "często", a co dla Turków. Śmiać mi się chce, kiedy moi znajomi z Polski doradzają mi mówienie Turkom asertywnie "nie", kiedy informują mnie o swojej wizycie (o ile w ogóle informują!!!). Właśnie tego my Polacy chyba nie potrafimy pojąć. Tutaj gościom nie mówi się nie. Nie ma takiej opcji i takiej sytuacji. Nawet do tego przywykłam, choć kiedy mam gorszy dzień - jestem np. chora, bądź właśnie wróciłam z 24 godzinnej podróży (!), naprawdę ostatnią rzeczą, którą chciałabym wtedy robić jest goszczenie znajomych. Idealnym tego przykładem jest dzień, w którym w grudniu przyjechałam do Polski na święta i dzień, w którym wróciłam po świętach do Turcji.

Kiedy przyjechałam do Polski (a moja podróż z przesiadkami była naprawdę dłuuuuga) i padłam na łóżko nieprzytomna, moi znajomi zadzwonili, że wszyscy zamierzają zaraz do mnie przyjechać i mnie powitać (specjalnie się w tym celu spotkali i zjechali z różnych stron Warszawy). Bardzo ich przeprosiłam i wyjaśniłam, że nie nadaję się na spotkanie, bo padam z nóg. Wszyscy mnie zrozumieli, umówiliśmy się następnego dnia i nie było żadnego problemu.

Kiedy natomiast przyjechałam do Turcji (podróż trwała łącznie z autobusem Stambuł-Marmaris 24 godziny!), rozpakowałam się i posprzątałam mieszkanie, wieczorem znajomy zadzwonił, że właśnie do nas jedzie ze swoją dziewczyną i już w zasadzie są pod naszym domem. Zaznaczam: NIE ZADZWONILI WCZEŚNIEJ, ŻEBY SIĘ UMÓWIĆ, zadzwonili będąc już w drodze. Nie ma nawet opcji odmówienia. Zresztą byłoby to największą zniewagą. "Her zaman bekleriz", czyli w dosłownym tłumaczeniu: "zawsze na ciebie czekamy", mój dom stoi dla ciebie otworem, to jedna z najbardziej oczywistych rzeczy w Turcji.
Choć muszę przyznać, że większość znajomych już się przyzwyczaiła, że do nas się zawsze dzwoni i uprzedza swoją wizytę, to jest kilku niereformowalnych. I to jedna z tych rzeczy, którą chcąc nie chcąc akceptować muszę. Czy mi się to podoba czy nie. Samotność w każdym razie w Turcji mi nie grozi :) 

PS. Witajcie po długiej przerwie :) Dużo się działo, dlatego nie pisałam. Poza tym... najzwyczajniej na świecie nie chciało mi się. Przepraszam. Pożyć mi się chciało, a pisać mi się nie chciało ;)

czwartek, 18 lipca 2013

Dlaczego przyjaźń z Turczynkami nie jest łatwa, 1 dzień wakacji w Akyaka i BONUS - WYRÓŻNIENIE

Nie myślcie sobie, że "mam lenia" i dlatego nic nie piszę od miesiąca. Jak wiecie moje życie aktualnie przypomina starania się o tytuł pracownika roku, z tym, że nikt mi tego tytułu raczej nie przyzna ;) 

Już niedługo miną 3 miesiące od kiedy pracuję, ale mam wrażenie, że to przynajmniej rok. Dzień wolny miałam 1, a kiedy musiałam wyjść wcześniej innego dnia, bo siostra A. brała ślub, to usłyszałam, że "bez przesady z tym wolnym!". Ale ten jeden jedyny upragniony wolny dzień wykorzystaliśmy z A. do granic możliwości. Pojechaliśmy na motorze do Akyaka - piękna, mała, cicha miejscowość ok. 30km od Marmaris. Świetna wycieczka, piękne widoki i ten spoooookój, który tam panuje...nie to, co u nas w Marmaris - świątek, piątek, czy niedziela, od rana do wieczora czuję się jak na Bar Street - zupełnie, jakby muzyka, która zagłusza wszystko, co tylko możliwe, była jakimś nieodłącznym elementem lata, zaproszeniem dla turystów do zabawy i wydawania pieniędzy....Trochę jak utwory płynące z głośników w polskich supermarketach, dobrane bynajmniej nie bez powodu (psychologia marketingu - zapewne wiecie o czym mówię).














W układance znajomych pojawiła się nowa postać - N. - żona barbera z naszego salonu. N. pochodzi z północy Turcji (region Morza Czarnego). Poznałyśmy się jakiś miesiąc temu, kiedy się tu wprowadziła. Wcześniej po ślubie mieszkała z naszym barberem w Marmaris, potem rozwiedli się, a teraz znowu pobrali - jak to mówią Turcy: kader (przeznaczenie) :) Takie rzeczy to tylko w Turcji ;) Sympatyczna dziewczyna, ale w momencie, kiedy przed wyjściem z domu podciągnęła mi bluzkę pod szyję, zasłaniając rzekomo za duży dekolt (a wierzcie mi, dużych dekoltów nie noszę), zrozumiałam, że przyjaciółkami to my nie będziemy.

Jestem osobą, która szybko zawiera nowe znajomości, ale jeśli chodzi o prawdziwą Przyjaźń, to zajmuje mi to lata i przyznam, że niełatwo się zaprzyjaźniam. Prawdziwy przyjaciel, to dla mnie nie osoba, której wszystko mogę powiedzieć - choć to też, ale na którą zawsze mogę liczyć i ona na mnie też, i która wyznaje podobne wartości do moich i ma zbliżony do mojego światopogląd. W kwestiach fundamentalnych musimy się przynajmniej rozumieć, jeśli nie zgadzać. W związku z powyższym mimo, że N. jest powiedzmy umiarkowanie liberalna (razem z mężem działa w młodzieżówce CHP), mniej więcej w moim wieku i powiedzmy, że mamy mniej więcej podobne zainteresowania (godne uwagi jest to, że większość dziewczyn tutaj - nie wszystkie, ale większość - nie ma żadnych zainteresowań...), to na ten moment nie sądzę, żebyśmy stały się best friends. Trzeba Wam wiedzieć, że Turczynki są obsesyjnie zazdrosne, kochają plotkować, mają gust dalece odbiegający od europejskiego (nie rozumieją pojęcia "kicz") i często są mało ambitne. To mi wystarczy do tego, żeby nie zacieśniać takich relacji. Dzięki Bogu są wyjątki - jak moja koleżanka ze Stambułu B. - ale to są wyjątki niestety...

Na koniec mam dla Was bonus - dostałam od Ingalill - autorki bardzo ciekawego bloga W kraju, który nie istnieje, WYRÓŻNIENIE, za które niniejszym bardzo Ci Ingalill dziękuję :) Czym prędzej odpowiadam na Twoje pytania:

1. Ulubiony owoc?

Granat.
2. Miejsce, do którego zawsze wracam to...?
Polska.
3. Najbardziej nielubiana potrawa?
Jajko na twardo - jajek na twardo nie jem od 25 lat.
4. Lody mleczne czy sorbety?
Lody mleczne - moje ulubione to chałwowe i pistacjowe. Jakieś "sturczone" mam upodobania smakowe...;)
5. Największe marzenie w życiu?
Mieć poczucie spełniania i w efekcie spełnienia swojej "misji" - czyli po krótce wykorzystywać swoje talenty, umiejętności i predyspozycje w taki sposób, który przynosi spełnienie mnie i radość innym.
6. Pieprz czy wanilia?
Pieprz i wanilia.
7. Ulubione zwierzę?
Wszystkie, które sprawiają, że wchodzę na rejestr gwizdkowy wyrażając nad nimi swój zachwyt ;)
8. Co bym zmienił/ła w swoim życiu?
Byłabym częściej asertywna i nie traciła czasu na przebywanie z ludźmi, z którymi szkoda go tracić.
9. Najlepsza muzyka to...?
Muzyka tworzona przez ciekawych ludzi, nieszablonowa, nowatorska, albo na odwrót - głęboko osadzona w tradycjach, muzyka nieprzypadkowa, przemyślana, albo szalona improwizacja, kierowana przez jakieś niewytłumaczalne siły wyższe. Muzyka, która intryguje, która sprawia, że słuchając jej doznaję takiej przyjemności, jakby mi ktoś mózg wysmarował Nutellą :)
10. Wolny czas spędzam...?
Słuchając muzyki, śpiewając, grając, czytając książki, gazety, pisząc, szukając inspiracji do dekoracji domu, gotując nowe potrawy, rozmawiając z przyjaciółmi, jeżdżąc na rowerze, pływając... A kiedy mam go dużo i kiedy tylko jest to możliwe - zwiedzając nowe zakątki. Generalnie sama z sobą raczej się nie nudzę, wręcz przeciwnie - z wiekiem coraz bardziej lubię być sama. Ale może to moja reakcja na upodobanie Turków do robienia wszystkiego razem ;)

Teraz moja kolej wysłania w eter 10 pytań wyróżnionym przeze mnie blogom, wyróżniam więc blogi:

http://crate-of-art.blogspot.com/
http://mylittlewhitehome.blogspot.com/
http://izabelaszmit.wordpress.com/
http://rodzynkisultanskie.blogspot.com/
http://mojminiaturek.blogspot.com/
http://bengusia.blogspot.com/
http://utkanezmarzen.blogspot.com/
 
A moimi pytaniami niech będą pytania ze słynnego Kwestionariusza Prousta z XIX wieku:

1. Główna cecha mojego charakteru?
2. Cechy, których szukam u mężczyzny?
3. Cechy których szukam u kobiety?
4. Co cenię najbardziej u przyjaciół?
5. Moja główna wada?
6. Moje ulubione zajęcie?
7. Moje marzenie o szczęściu?
8. Co wzbudza we mnie obsesyjny lęk?
9. Co byłoby dla mnie największym nieszczęściem?
10. Kim lub czym chciałabym być, gdybym nie był tym, kim jestem?
11. Kiedy kłamię?
12. Słowa, których nadużywam?
13. Ulubieni bohaterowie literaccy?
14. Ulubieni bohaterowie życia codziennego?
15. Czego nie cierpię ponad wszystko?
16. Dar natury, który chciałbym posiadać?
17. Jak chciałbym umrzeć?
18. Obecny stan mojego umysłu?
19. Błędy które najczęściej wybaczam?

Miłej zabawy :)