sobota, 20 października 2012

Evimiz çok güzel olacak - inşallah! Czyli budujemy nowy dom :)

20 października, 16.30. Wychodzę z E. (nasz dobry znajomy, mój szef, a w zasadzie mój były szef, bohater ostatniej notki) z morza. Woda nadal ciepła, słońce za pół godziny schowa się za największym hotelem przy naszej plaży. Wszystkie prognozy wskazują na to, że nieodwołalnie jutro spadnie deszcz. I będzie padał całe 4 dni. Prawdopodobnie to ostatni dzień pracy dla A. i ostatni dzień lata. Zmieni się wszystko. A na pewno wszystko w naszym życiu.

Kilka dni temu podjęliśmy decyzję o przejściu do nowego etapu - wynajęliśmy mieszkanie. NORMALNE MIESZKANIE. Nie tzw. apartament, czyli małe, turystyczne mieszkanko, z którego po sezonie wakacyjnym trzeba się wyprowadzić. Zdecydowaliśmy się na normalne mieszkanie, w normalnym bloku-kamienicy, pośród wielu tureckich i mieszanych rodzin i par. 

Szukanie naszego domu okazało się być nie lada wyzwaniem. Nie jestem w stanie pojąć czemu tutaj nie robi się tego tak jak w Polsce, czyli nie szuka się ogłoszeń w internecie i gazetach (mało kto w ogóle je tam zamieszcza). Zamiast siedzieć wygodnie na kanapie z komputerem i telefonem w ręku i przeglądać zdjęcia kolejnych miejsc mogących potencjalnie stać się naszym przyszłym domem, przemierzaliśmy niezliczone kilometry PIESZO zaglądając ludziom do okien (nie inaczej!). Będąc właścicielem mieszkania na wynajem w Marmaris, nie musisz się fatygować i zamieszczać żadnych ogłoszeń i jeszcze nie daj Boże za nie komuś płacić. Przyklejasz sobie w oknie karteczkę z napisem "KIRALIK", czyli "na wynajem" i masz z głowy. Kiedy A. pracował, ja nie chciałam tracić czasu i całymi dniami wypatrywałam na każdej, przysięgam każdej, nawet najmniejszej uliczce Marmaris tych właśnie uroczych karteczek....Bezskutecznie (z wyjątkiem zakwasów, które mam do dziś!). Miasto okazało się być bardziej zatłoczone niż kiedykolwiek przedtem. I znowu zadziałał niezawodny kolektywistyczny system informacyjny - znajomi i rodzina. Wszyscy pytali wszystkich o mieszkania i w ten właśnie sposób znaleźliśmy nasze niestety jeszcze dalekie od ideału nowe lokum (co ciekawe - "lokum" z tur. tzw. turkish delight, czyli tradycyjne tureckie słodycze).

Mieszkanie jest w centrum Marmaris, co dla nas będzie bardzo wygodne. Jest duże, podniszczone i czeka nas gruntowny remont, co wprawia mnie zarówno w stan ekscytacji, jak i zdenerwowania. Będziemy malować, dekorować, urządzać itd., czyli to, co chyba większość kobiet lubi, a nawet w czym się spełnia. Czy mnie to dotyczy? Jeszcze nie wiem, spytajcie mnie za jakieś 3 tygodnie. Co najważniejsze - właścicielka mieszkania mieszka w kompletnie innej części miasta, wystarczająco odległej, żeby nie zawracać nam głowy jak poprzedni właściciele. Przy tej okazji pozwolę sobie wspomnieć o ostatnim wybryku naszego - i tak najlepszego jak dotąd - właściciela, który po tym jak pożyczyliśmy wieczorem 2 krzesła stojące na korytarzu, z którego od kilku miesięcy nikt nie korzystał, nie dość że przyszedł i zażądał natychmiastowego zwrotu krzeseł W TEJ WŁAŚNIE CHWILI, to jeszcze następnego dnia zamknął cały korytarz (z krzesłami, jedynie krzesłami)....na kłódkę....Pozostawiam to bez komentarza...

ALE....i to "ale" to jest całkiem poważne "ale"....zamieszkamy 2 minuty od morza, 3 minuty od dwóch supermarketów, 10 minut od bazaru, 10 minut od ścisłego centrum, 1 minutę od przystanku autobusowego i......5 minut od rodziców A. Muszę przyznać, że moje stosunki z rodziną A. zawsze były dobre, a w tym roku zacieśniły się z prostego powodu - mój turecki znacznie się poprawił. To samo mogę powiedzieć o tureckich znajomych. ALE...nadal cenię sobie prywatność i myślę, że to się nie zmieni. Polubiłam gości, rozmowy, gry w OK. Ale nadal nie wyobrażam sobie częstszych wizyt rodzinnych niż np. raz w tygodniu. W związku z tym będzie to dla mnie wielki test asertywności. 

Na szczęście póki co nie pobieramy się :) Dlaczego "na szczęście"? Mam aktualnie przyjemność uczestniczyć w przygotowaniach do ślubu i nowego życia, które wkrótce rozpocznie siostra A. z jego przyszłym szwagrem. Myślę, że ten temat zasługuje co najmniej na osobną notkę. W każdym razie szczerze jej współczuję...I aktualnie bardzo sobie cenię naszą niezależność. Nikt nie ciągnie mnie z całą turecką rodziną do sklepów z firankami, dywanami, sprzętami RTV i AGD i nie rozprawia na ten temat godzinami. Nikt mi nic nie narzuca, nie doradza. Nasze mieszkanie najpewniej dalekie będzie od typowych tureckich mieszkań z zupełnie prostego powodu - nie jestem Turczynką, mimo, że niektórzy chcieliby, żebym nią była (ten temat na pewno zostanie również wkrótce opisany, bo to wysoce bulwersująca mnie kwestia!). Nasz związek jest fuzją dwóch różnych kultur i myślę, że zawsze będzie się to wyrażać we wszystkich naszych wspólnych działaniach. Od dekorowania mieszkania, po styl życia, wartości, dezycje.

Moi Drodzy, mam dla Was mnóstwo nowych historii do opowiedzenia! :) Będzie też wkrótce dużo zdjęć, ale to niespodzianka :) Dlatego dziś zadowolcie się tekstem, a wkrótce zadowolę Was czymś więcej. 

Pozdrawiam Wszystkich, którzy się nie ujawniają w komentarzach, ale są tutaj nadal :)

PS. Słońce właśnie zaszło, turyści poszli na kolację i być może zrobiłam właśnie ostatnie zdjęcie plaży tego lata:


czwartek, 4 października 2012

"Ne iş yapıyorsun?" czyli PRACUJĘ, WIĘC JESTEM


Siedzę na przeciwko szeroko otwartego okna. Przede mną rozciąga się piękny, górzysty krajobraz (żeby nie było zbyt idealnie, krajobraz przysłania mi troszeczkę sąsiedni pensjonat - siedziba rosyjskich rezydentów biur podróży). Słońce grzeje niemiłosiernie, mimo, że to już przecież końcówka września. Jeszcze tydzień temu byliśmy przekonani, że lato powoli opuszcza Icmeler. Temperatura spadła wtedy do 35 w dzień i ok. 25 stopni w nocy. Wieczorami wiatr wiał niemiłosiernie i wyciągnęliśmy nawet nasze zimowe piżamki. A tu niespodzianka - wieczory co prawda już do ciepłych nie należą, ale za to dni wprost przeciwnie. Temperatury znowu oscylują wokół 45-43 stopni, a plaże i hotele (których w Marmaris jest naprawdę bardzo dużo, co widać np. TUTAJ) nadal są pełne. Co prawda klientela nieco się zmieniła i znowu średnia wieku nie przekracza 70-tki, ale osobiście wolę właśnie ich, niż turystów przyjeżdżających w środku sezonu...

Niestety nie udało mi się w tym sezonie znaleźć pracy w charakterze rezydenta, ani pilota wycieczek, mimo, że mam licencję, identyfikator, rekomendację itp. Powód jest prosty - czekałam tak długo na wydanie mojej legitymacji przez urząd marszałkowski, że kiedy wreszcie ją otrzymałam, sezon się już dawno rozpoczął i wszystkie miejsca były już dawno obsadzone. Pomijając fakt, że gdziekolwiek nie zgłaszałam mojej kandydatury, wszędzie słyszałam, że dla polskich biur podróży to jeden z najgorszych sezonów od lat - zresztą każdy z Was zapewne słyszał o bankrutujących biurach podróży. Ale skoro było już w turystyce źle, to teraz może być tylko lepiej, prawda? :) W związku z tym mam nadzieję, że może w następnym sezonie troszkę sobie "popilotuję" ;)

Tak się jednak złożyło, że pośrednio pracuję jednak w turystyce. Nasz dobry znajomy ma salon fryzjerski w hotelu w Marmaris i zatrudnił mnie jako tzw. infocu - dla mnie najlepszym chyba polskim odpowiednikiem tego stanowiska jest...akwizytor :) Nie znoszę tego słowa, ani specyfiki tej pracy w odniesieniu do polskich realiów. Tutaj jednak wygląda to nieco inaczej...

W swoim życiu zawodowym zdarzało mi się robić bardzo różne i przeważnie nie powiązane ze sobą rzeczy. Pracowałam w przedszkolu, w cukierni, w dużej firmie konsultingowej, w domu przez internet,  w instytucie organizującym szkolenia psychologiczne, w salonie fryzjersko-kosmetycznym, byłam nauczycielem prywatnym, opiekunką, asystentką, hostessą, copywriterem, specjalistą ds.marketingu, asystentką ds. finansów, managerem biura itd.....A wymieniam to wszystko tylko z tego względu, żeby uświadomić Wam, że mimo, iż pracowałam w różnych miejscach i środowiskach, to nigdzie nie zetknęłam się z takimi obyczajami panującymi w miejscu pracy, jakie panują tutaj. A oto co wprawiło mnie w zdumienie, zaciekawiło mnie, ewentualnie zszokowało:

1. TOTALNY LUZ. 
Totalny luz w moim przekonaniu przejawia się w pracy tutaj na różne sposoby. Począwszy od tego, że nie przejmujemy się zbytnio tzw. dyscypliną, zakończywszy na tym, że przy klientach jesteśmy absolutnie SOBĄ. Oczywistym jest fakt, że pojmowanie czasu jest tutaj zupełnie inne niż powiedzmy...w środkowej Europie. Po tym jak wiele razy świeciłam oczami przed klientami, którzy po mojej rekomendacji naszego salonu przyszli na umówioną wizytę na konkretną godzinę i zmuszeni byli czekać np. pół godziny lub GODZINĘ dłużej, nauczyłam się już że:
  • 5min = ok*. pół godziny
  • 15 min = ok. 45-50 min.
  • 1h = ok.2 h
  • jeszcze dzisiaj = raczej jutro
* "około" ma tutaj kluczowe znaczenie...

Totalny luz przejawia się również w kontakcie z klientem - zarówno werbalnym, jak i niewerbalnym. O ile przyzwyczaiłam się już do przeróżnego poziomu żartów w klientami w turystyce, tak do dziś trudno mi przyzwyczaić się do postawy, którą prezentuje wiele sprzedawców. Ja jestem z pokolenia, które uczone było w każdym miejscu pracy, że "klient nasz pan" i że zawsze "frontem do klienta" i że kiedy klient wchodzi, my wstajemy, witamy go z uśmiechem i służymy mu pomocą. Owszem, nie przeczę, część właścicieli sklepów tak właśnie się zachowuje. Są to np. jubilerzy, którzy wiedzą, że każda osoba przekraczająca próg ich sklepu, potencjalnie może w nim zostawić kilkaset lir. Natomiast to, co ja widzę na co dzień, to mój szef, który ogląda tv w naszym salonie z bosymi nóżkami na szklanej półeczce obok suszarki do włosów, i który tych nóżek wcale nie zdejmuje, kiedy klient wchodzi :) Swoją drogą E. - czyli mój szef - jest jednocześnie osobą inteligentną, oczytaną, zaangażowaną politycznie, generalnie potrafi być czarującym młodym mężczyzną - w końcu z tych i innych względów przyjaźnimy się z nim. Kiedyś powiedziałam E., że w Polsce takie zachowanie w pracy byłoby nie do pomyślenia. On wytłumaczył mi jednak, że najważniejsze to być naturalnym, a nie na siłę sympatycznym. Tu argumenty mi się skończyły, bo w gruncie rzeczy to się z nim zgadzam! Choć mimo wszystko jednak automatycznie wstaję, kiedy klient wchodzi...

2. W JEDZENIU W PRACY NIE MA NIC ZŁEGO.
Takie proste i oczywiste, a takie dla mnie odkrywcze. Niestety w kilku miejscach, w których pracowałam w Polsce, musiałam albo ukrywać się z jedzeniem podczas pracy, albo nawet nie miałam kiedy i jak zjeść. Poza tym zawsze było do tego przeznaczone tzw. zaplecze, kuchnia itp. Absolutnie nie wyobrażałam sobie wcześniej, żeby jeść na oczach klientów. Tutaj - nic z tych rzeczy, szybko wytłumaczono mi, że przecież jedząc nie robię nikomu nic złego, prawda? Że to jedna z najnormalniejszych czynności na świecie i nie ma powodu, żeby się z nią ukrywać. Sam pomysł chodzenia na jakieś zaplecze wydał się moim znajomym z pracy co najmniej dziwny. W sumie racja...
Kiedy idąc ulicą w Turcji w porze śniadania, czy lunchu rozejrzycie się dookoła, zobaczycie wielu sprzedawców siedzących na przeciwko swoich sklepów i jedzących wspólny posiłek z innymi sprzedawcami z sąsiednich sklepów. I nie jest to jakaś tam broń Boże kanapka! Często przed sklep wyjeżdża patelnia z menemenem (wielkoskładnikowa jajecznica), chleb, oliwki, ser, pomidory, herbata i co tylko im jeszcze przyjdzie do głowy :)

3. KIEDY KLIENTOWI COŚ SIĘ NIE PODOBA, MY MOŻEMY POWIEDZIEĆ, ŻE NIE PODOBA NAM SIĘ KLIENT :)
Tak, to mnie chyba zaskoczyło najbardziej...Wcale nie musimy na siłę dbać o dobro klienta, kiedy on w sposób oczywisty jest dla nas niemiły i domaga się czegoś, co w naszym przekonaniu mu się nie należy. Możemy mu wręcz powiedzieć, że nie mamy ochoty widzieć go już więcej w naszym sklepie/salonie itp.! Ja, wytresowana w zachowywaniu opanowania w konfrontacji z trudnym klientem dowiaduję się, że tutaj na dobrą sprawę wcale mi to nie jest niezbędne do życia, bo kiedy mi się coś nie podoba, mam prawo wyrazić to - tak samo, jak i klient. I w zasadzie mam prawo pokazać klientowi bez ogródek drogę do drzwi! Nie sądzę, żebym kiedykolwiek zrobiła coś podobnego, ale kto wie, po tylu latach hamowania się....;D

4. PRACUJEMY OD RANA DO NOCY I NIE MAMY WOLNYCH WEEKENDÓW.
To tutaj niestety norma w sezonie letnim dla większości zawodów powiązanych z turystyką. Mnie na szczęście ta norma nie dotyczy, ale tylko z tego względu, że pracuję u znajomego i jak wiecie robię też różne inne rzeczy związane z pisaniem itd., więc przychodzę tylko na kilka godzin do salonu. Jednak zarówno E. jako właściciel i fryzjer, jak i nasz znajomy H., który pracuje w małym sklepiku połączonym z naszym salonem, jak i cała obsługa hotelu pracuje min. 12h dziennie. Bez dni wolnych. Wakacje mamy zimą. Póki co, o każdej porze dnia i nocy turyści robią zakupy, modelują włosy przed wyjściem do klubu, kupują złoto, rezerwują wycieczki itp., więc wszyscy siedzą w pracy do oporu. To chyba jedna z najtrudniejszych do zaakceptowania rzeczy dla osób, które chcą się tu osiedlić. Nie raz słyszałam od turystów, że Turcja to piękny kraj, ale wygląda na to, że praca tutaj do lekkich nie należy. Trudno zaprzeczyć.

5. PRACUJĘ WIĘC JESTEM.
Uważam, że Turcy są bardzo pracowitym narodem, zdającym sobie dobrze sprawę z tego, że przeważnie tylko ciężką pracą można coś osiągnąć. Tutaj zaraz po pytaniu "jak masz na imię" i "jak się masz" pada najważniejsze: "ne iş yapıyorsun?" - czyli "gdzie pracujesz/czym się zajmujesz". Dotyczy to w takim samym stopniu mężczyzn, jak i kobiet. Jak już kilkakrotnie na tym blogu wspominałam, w Icmeler i Marmaris niewiele jest tradycyjnych, muzułmańskich rodzin, gdzie kobieta zajmuje się tylko domem. Ewentualnie są jeszcze bogate rodziny, które mogą sobie pozwolić na to, że kobieta nie musi pracować. Większość jednak prezentuje zachodni model, gdzie kobieta i mężczyzna pracują zawodowo. Ktoś, kto nie pracuje, uważany jest po prostu krótko mówiąc... za darmozjada - to chyba najlepsze określenie. O ile kobiecie może to jeszcze w pewnych środowiskach częściowo jakoś tam ujść na sucho, bo np. ma małe dzieci, o tyle mężczyzna nie pracujący uważany jest po prostu za nieudacznika i z pewnością osobę mającą jakiś problem (np. z alkoholem, narkotykami, hazardem itp.), skrajnie: w ogóle nie jest mężczyzną! :)

6. NIE MA GRANIC.
Granica między sprzedawcą a klientem nie jest wyraźna i czasem się zaciera. Często widzę, jak w sezonie letnim moim tureckim znajomym w zastraszającym tempie przybywa różnego rodzaju znajomych na facebooku. W efekcie powstają przyjaźnie i wszelakie związki - i te na serio i te z przymrużeniem oka, ale czasem i takie, które kończą się...związkami małżeńskimi.

7. MUSIC MAKES THE PEOPLE COME TOGETHER!
Ważnym, powiedziałabym nieodłącznym wręcz elementem pracy w Turcji jest....MUZYKA OCZYWIŚCIE! :) Muzyka, przy której śpiewamy klientowi do ucha, muzyka przy której podrywamy się ze sprzedawcą z sąsiedniego sklepiku do tańca, muzyka, której słuchamy w zadumie, pomagająca przerwać stan apatii, kiedy żaden klient nie przyszedł od 2 godzin... :)
  





czwartek, 17 maja 2012

O tym, że hodowanie kompleksów powinno być surowo karane i o tym, co się dzieje w Marmaris, kiedy mnie nie ma (a dzieje się!)

Wiem, wiem, 1,5 miesiąca bez żadnego posta to trochę długo. Osobiście nie znoszę, kiedy ktoś prowadzi bloga i tak rzadko dodaje nowe posty! ;)
Mam małe wytłumaczenie:



Jak wiecie jestem na kursie pilota wycieczek i od jakiegoś czasu oddałam się temu w pełni. Albo inaczej się nie da, albo ja inaczej nie umiem. Nie da się, bo ilość wiedzy do przyswojenia jest naprawdę przytłaczająca i zaczynam mieć lekkie obawy czy uda mi się zdać egzamin, żeby zdobyć licencję. Jednym z etapów zaliczeń kursu była też wycieczka szkoleniowo-egzaminacyjna do Pragi czeskiej, z której właśnie 4 dni temu powróciłam. Długo by opowiadać o tym jak było, a było cudnie, ale dla mnie najważniejsze jest to, że było trochę stresu, były sytuacje, w których nieoczekiwanie dla siebie samej sprawdziłam się lepiej niż myślałam, ale przede wszystkim....byli wspaniali ludzie, od których dostałam dużo pozytywnej energii i to oni okazują się po raz kolejny największą dla mnie wartością. We wszystkim za co się zabieram, a co mnie pasjonuje - czy to pisanie, czy to śpiewanie, czy innego rodzaju działania - robię przede wszystkim dla ludzi. Dzielenie się - emocjami informacjami, muzyką, potrawami, wspomnieniami, marzeniami itd. - to dla mnie jedna z absolutnie topowych przyjemności! :) Jeśli dodatkowo spotkam się z pozytywnymi reakcjami, że już nie wspomnę o docenieniu przez autorytety czy profesjonalistów w danej dziedzinie...czego chcieć więcej? Dla mnie znaczy to, że mój wysiłek, trema, nieprzespane noce i obawy, czy uda mi się zrobić coś tak jak bym chciała, nie poszły na marne. 

Nie wiem jak będzie w przyszłości, ale póki co okazało się, że powrót na kurs był bardzo dobrą decyzją. Nie tylko ułatwił mi zaklimatyzowanie się na nowo w Polsce, zmusił do zgłębienia wiedzy z różnych, ciekawych dziedzin, ale też dzięki temu poznałam wielu bardzo ciekawych ludzi, sprawdziłam się w nowych sytuacjach i odkryłam coś, czego nie do końca się spodziewałam - chyba się do tego nadaję! :) Okazało się, że w jakiś magiczny sposób zawód ten łączy w sobie wszystko, czego uczyłam się i doświadczałam w przeszłości - od emisji głosu tyle lat ćwiczonej, po umiejętności interpersonalne (praca z NLP i nie tylko), aktorskie, przekazywania wiedzy (pedagogika), języki i wreszcie...cały ostatni rok spędzony w Turcji. Jak większość z nas mam swoje kompleksy i obawy, a na początku nowych działań często wydaje mi się, że się do nich nie nadaję, więc systematyczne uświadamienie sobie swoich umiejętności i możliwości jest zawsze w moim przekonaniu na wagę złota. A jak ktoś mówi, że nie wypada, odpowiem jak Małgorzata Kalicińska: "A MIEĆ KOMPLEKSY I ZANIŻONE POCZUCIE WŁASNEJ WARTOŚCI TO WYPADA???". Szczerze powiedziawszy to nie mogę sobie wyobrazić jak wielką radość sprawiłaby mi praca w charakterze pilota w Turcji, skoro w Czechach cieszyłam się czasem jak dziecko. Wyobrażam sobie, że mimo wielu trudnych sytuacji, które nieuchronnie mnie czekają w tym zawodzie, opowiadanie o mojej ukochanej Turcji nawet garstce ludzi, uczyniłoby mnie niezwykle szczęśliwą :) W końcu ...Turkiye benim tutkum!

Ale, ale! Ja tutaj o Pradze, kursie itd., a tymczasem w Marmaris dzieje się, oj dzieje! Nie dalej jak 2 tygodnie temu S. - najmłodsza, osiemnastoletnia siostra A. nieoczekiwanie oznajmiła, że... szykuje się ślub...JEJ ślub! Cała sytuacja była o tyle zaskakująca, że S. jest osobą dość introwertyczną, cichą, nieśmiałą. Wiedziałam, że ma chyba jakiegoś chłopaka, ale nic poza tym. Dzień po sensacyjnym newsie chłopak przyszedł z rodziną - matką, ojcem i starszą siostrą do domu rodzinnego A. (A. rzecz jasna relacjonuje mi w miarę na bieżąco wszystkie wydarzenia podczas naszych debat skypowych). Myśleliśmy, że przychodzi najpierw przedstawić się, co by rodzina wiedziała z kim S. wychodzi, że jest porządnym facetem i takie tam. A on wypalił prosto z mostu, że chce się żenić! Nieco zaskoczony A. jako najstarszy z rodzeństwa i jednocześnie abi (starszy brat) zapytał więc kandydata ile czasu zna S., na co tamten odparł: "3 miesiące" (!!!????!?!?!?!). Dodam tutaj, że niedługo miną 2 lata od kiedy ja jestem z A. - to takie odniesienie, mające na celu uświadomienie Wam rozmiaru naszego zaskoczenia całą sytuacją. Kandydat oczywiście zaprezentował się najlepiej jak mógł - przedstawił swoją sytuację finansową (skądinąd całkiem niezłą), uczucia do S. i chęć jej poślubienia. Następnie przez kilka kolejnych dni cała rodzina A. obradowała na ten temat, przy czym najbardziej szokujący jest dla mnie fakt, że sama zainteresowana - S. - niechętnie się do tych dyskusji przyłączała! Allah, Allah! Przecież to o jej przyszłość chodzi! Całe życie! Choć z drugiej strony jest chyba zakłopotana całą sytuacją - chłopak jest starszy od niej o 9 lat, zakochany - czego nie obawiał się wyznać w obecności obu rodzin. Chyba też czułabym się lekko zakłopotana, gdybym miała 18 lat, znała chłopaka od 3 miesięcy i moja rodzina debatowałaby o tej sytuacji przy stole rozkładając ją na czynniki pierwsze. Koniec końców wszyscy dość trzeźwo myśląc, stwierdzili fakt oczywisty - znają się za krótko, żeby podjąć tak ważną decyzję. Podpisuję się pod tym rękami i nogami. Rozumiem, że są zakochani, rozumiem, że on jest starszy, ustabilizowany finansowo, ale to, że S. ma18 lat i do tego te ich 3 miesiące znajomości to dla mnie stanowczo za krótko, żeby podejmować tak wielkie kroki w takim tempie. Ale żeby wilk był syty i owca cała, za kilka dni będzie söz - czyli obietnica, danie słowa - takie nasze zaręczyny w obecności obu rodzin. Chodzi o to, że kiedy będą zaręczeni, wszystko będzie ładnie wyglądało (szczególnie reputacja S.), będą mieli czas, żeby się poznać, a ostatecznie w razie czego zaręczyny można przecież zerwać. Najlepiej jeśli chęć do pobierania się w tym roku troszkę im przejdzie i zrobią to w przyszłym - na Boga, co oni o sobie wiedzą po 3 miesiącach??? 
W tym miejscu chciałabym Wam polecić najlepsze teksty o wszystkich tureckich tradycjach związanych z zaręczynami, ślubem i weselem w kulturze tureckiej, jakie udało mi się znaleźć na blogach - zachęcam do odwiedzenia bloga mojminiaturek.blogspot.com, gdzie mama Teomana prowadziła swego czasu cykl "'Ochajtać się' po turecku". Ja przyjmuję zasadę, że opisuję przeważnie to, czego sama doświadczyłam, więc jak już doświadczę, to na pewno opiszę :)

Skandal - söz odbędzie się beze mnie! :( Bardzo chciałabym uczestniczyć w tak ważnej dla całej rodziny A. uroczystości z wielu powodów - w końcu to siostra A., a poza tym...z ciekawości :) No co? A Wy nie chcielibyście? :) Niestety nie mogę teraz przyjechać. Egzamin na pilota wycieczek mam 18 czerwca, więc do końca czerwca muszę pokornie siedzieć w Polsce, wkuwać, a potem czekać na wyniki i ewentualną licencję (Insallah!). Ale już noc henny nie może mnie ominąć! ZA CEL STAWIAM SOBIE ZAŚPIEWANIE "YUKSEK YUKSEK TEPELERE" - piękna, tradycyjna pieśń, istny wyciskacz łez, którą mama Teomana przetłumaczyła na polski, więc ja zamieszczam sam utwór:

 

I jeszcze 2 inne wersje - pierwsza w wykonaniu jednej z najbardziej cenionych przeze mnie pod względem wokalnego warsztatu tureckich wokalistek - Sevcan Orhan:


I druga - aranżacja i klarnet: Selim Sesler, wokal: znana Wam już Brenna MacCrimmon:





piątek, 30 marca 2012

Polska.

Jestem w Polsce od 10 dni. Żyję i póki co jest całkiem nieźle. Spodziewałam się gorszego ;)

Nie jestem bynajmniej takim szoku, w jakim byłam, kiedy przyleciałam tutaj na Boże Narodzenie. Wtedy była to pierwsza wizyta w Polsce po 9 miesiącach i muszę przyznać, że przez kilka pierwszych dni wszystko wydawało mi się co najmniej dziwne. Poczynając od polskich reklam dookoła, zmian w mieście, na ulicach, aż po otaczających mnie ludzi mówiących po polsku z każdej strony (na początku siłą rzeczy podsłuchiwałam wszystkie rozmowy z zachwytem, że mogę wszystko zrozumieć).

Tym razem szok był może jednodniowy. Podróż miałam z przygodami, bo niestety tak się zagadałam w samolocie, a leciałam z przesiadką, że zapomniałam wziąć komputer z pierwszego samolotu. Naprawdę nikomu tego nie życzę - niefajne. Szczególnie niefajne, kiedy macie 10 minut na przesiadkę do drugiego samolotu. Zamiast wsiąść do drugiego samolotu, tupnęłam nogą i powiedziałam, że bez mojego laptopa to ja nigdzie nie jadę. Kto wie, może gdyby to nie była Lufthansa i gdyby to nie było w Monachium, może właśnie zbierałabym na nowy komputer. Jednak wszystko poszło na miejscu niezwykle sprawnie i szybko. Przyleciałam innym samolotem i co najważniejsze - z komputerem! :)

Od razu po przyjeździe powróciłam na rozpoczęty kiedyś, ale przerwany z powodu pracy kurs pilota wycieczek. Po pierwsze - dosyć tego, prace na zlecenie nie satysfakcjonują mnie finansowo (szczególnie jak ktoś nie płaci za wykonaną pracę.....w tym miejscu w zasadzie powinnam podać nazwę firmy...). Poza tym tęsknię za pracą z ludźmi. A argumentem ostatecznie przeważającym na korzyść kursu są możliwości legalnego zatrudnienia w Turcji po jego ukończeniu (bo propozycji pracy bez umowy mam co niemiara i to za całkiem niezłe pieniądze, ale dziękuję bardzo, nie zamierzam ryzykować tym, że zostanę deportowana). No a już całkiem poza wszystkim - kto z kandydatów na pilota czy rezydenta zna Marmaris i okolice lepiej niż ja, hę? ;)

Poszłam na kurs następnego dnia po przyjeździe. Sądziłam, że to mi pomoże szybciej odnaleźć się w nowej sytuacji, a przede wszystkim reaktywuję się towarzysko. Od lat mam swoje małe grono przyjaciół w Polsce i raczej nie jestem jedną z tych osób, które muszą mieć mnóstwo znajomych, co jednak nie zmienia faktu, że uwielbiam poznawać nowych ludzi. I pod tym, ale też i pod merytorycznym względem póki co kurs spełnia moje oczekiwania. Uczymy się naprawdę ciekawych rzeczy (a jak byście jeszcze nie wiedzieli, to ja uwielbiam uczyć się nowych rzeczy i nie wiem który to już kurs w moim życiu) i towarzystwo też ciekawe :) Fajni ludzie, często z pasją i marzeniami o podróżowaniu, które realizują, a nie tylko o nich opowiadają  - naprawdę dużo pozytywnej energii.

Zaczynam też różne inne działania, ale o tym kiedy indziej.

Oczywiście tęsknię za A., tęsknię za Marmaris, za znajomymi, za Turcją w ogóle... :( Zdarza mi się nadal słuchać tureckiego radia, oglądać Marmaris TV i czytać Hurriyet. Rzucają mi się w oczy różnice, których wcześniej nie zauważałam. Mam tutaj na myśli przede wszystkim różnice w zachowaniach Polaków i Turków. Dziwne to wszystko. Tyle czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do różnych, specyficznych zachowań Turków, a teraz mam wrażenie, że muszę się przyzwyczajać do Polaków. Uświadomcie mnie proszę, czy to, co piszę, dotyczy tylko ludzi w Warszawie, czy wszędzie tak jest?
A oto co zaobserwowałam:

  1. Wszyscy wszędzie non-stop rozmawiają przez telefon. A myślałam, że Turków pod tym względem nie przebijemy. A jednak. Podejrzewam, że to zasługa korzystnych pakietów oferowanych przez operatorów, gwarantujących chyba nieskończoną ilość darmowych minut. Bo jak inaczej wytłumaczyć, to, że wchodzę do autobusu, którym mam jechać 30 minut, a dookoła mnie jakieś 5 osób rozmawia nieprzerwanie do końca mojej trasy? I zapewniam, że nie są to rozmowy zdawkowe. Toż to niemal psychoanaliza! Pierwszego dnia usłyszałam tyle zwierzeń w autobusach i tramwajach, analiz relacji i wszystkiego co może być tylko przeanalizowane, że gdybym była pisarką, miałabym jakieś 1500 inspiracji od napisania wielu powieści.
  2. Kupuję, więc jestem. Mnóstwo ludzi na zakupach. W sklepach z ciuchami, wyposażeniem wnętrz, kosmetykami, książkami - wszędzie. Ciągle słyszę: "kupiłem ostatnio...", "muszę jeszcze kupić...", "koniecznie musimy jechać do sklepu po...", "a może kup sobie....". Nie wiem gdzie ten kryzys, ja go nie widzę absolutnie. Za to widzę społeczeństwo konsumpcyjne, którego jeszcze niedawno byłam częścią i obawiam się, że mogę się znowu stać. Z jednej strony pieniądze dają wolność i możliwości, z drugiej zaś mogą totalnie uzależnić nas od przedmiotów, które wcale nie poprawiają znacznie jakości życia. Moja fryzjerka, która jest właścicielką pięknego salonu powiedziała wczoraj: "wie pani, mimo, że jestem właścicielką, pracuję ciężko po 12 h kilka dni z rzędu i czasem jestem tak strasznie zmęczona, że idę sobie coś kupić, tak, żeby się nagrodzić. Wiem, że to chore, ale jakoś tak mi lepiej, jak sobie po ciężkiej pracy sprawię tą odrobinę przyjemności kupując coś fajnego, jakiś ciuszek na przykład.". Doskonale ją rozumiem, robiłam wiele lat to samo. Teraz po przyjeździe do Polski zobaczyłam, że mam tony ubrań i torebek, o których zupełnie zapomniałam i teraz są dla mnie jak nowe. Ale tak sobie myślę, że to straszne, że zaczęliśmy szukać źródła przyjemności w przedmiotach. Pod tym względem w Turcji doświadczyłam przewartościowania, które przeniosło się na zachowanie. Nadal lubię sobie jak większość kobiet kupić ciuszek, czy kosmetyk, ale największą przyjemność sprawia mi wspólne spędzenie czasu z A., ciekawa rozmowa, spotkanie ze znajomymi, a najbardziej oczywiście wycieczki i nowe miejsca :)
  3. Wygląd. Nie wiem, czy wcześniej puszczałam to mimo uszu, czy po prostu nie sądziłam, że ludzie mówią serio. Albo ja czegoś nie zauważyłam, albo botoks, operacje plastyczne, ćwiczenia i diety stały się normą. Ćwiczenia - popieram i rozumiem. ZDROWE ODŻYWIANIE i w razie potrzeby dieta - rozumiem. Ingerencję w naturę, kiedy moim zdaniem nie ma wyraźnych defektów - nie rozumiem. Generalnie widzę, że poprzeczka rośnie. Gwiazdy wyglądają co najmniej 10 lat młodziej - to zrozumiałe. W końcu wydają na to minimum ładnych parę tysięcy miesięcznie. Poza tym to oczywiste, że prezencja w ich zawodach jest po prostu ważna. Ale przeciętny obywatel też chce dobrze wyglądać, tylko przy przeciętnych dochodach musi się w związku z tym dwoić i troć. I nie chcę tutaj nikomu wmawiać, że w Turcji tak nie jest. Oczywiście, że jest. Może po prostu w takich mniejszych miejscowościach nie jest to tak bardzo odczuwalne. W telewizji jest mnóstwo programów o modzie i urodzie, bo nie oszukujmy się - wygląd jest ważny. Ale nie gdzie indziej jak w Polsce zaraz po przyjeździe usłyszałam, że w zasadzie natychmiast powinnam się za siebie wziąć, iść na siłownię, zrobić coś z włosami, kupić to, kupić tamto (przy czym tych, którzy mnie nigdy nie widzieli zapewniam, że należę do osób raczej dbających o siebie, a już na pewno kochających modę). Dziwne. W Turcji codziennie A. mówił mi 1000 razy, że jestem najpiękniejsza na świecie ;) Nieważne, że wiem, że A. koloryzuje. Ważne, że codziennie słyszę mnóstwo pozytywnych komunikatów na swój temat - ludzie, FACECI, czy Wy wiecie jakie to dla kobiety ważne?
  4. Narzekanie. O tak, teraz to widzę. Budują drugą linię metra - ale jak to fatalnie się w związku z tym jeździ z Pragi do Centrum. Zbudowali stadion, ale tyle razy go otwierali, no i jak to w ogóle będzie zorganizowane wokół tego stadionu, kiedy zacznie się już Euro, to będzie dopiero masakra. Zbudowali Most Północny - ale beznadziejnie, można nim przedostać się na drugą stronę, ale nie położyli torów tramwajowych - bez sensu. No fajnie, że otworzyli taki to a taki sklep, ale takie kolejki straszne. Itd.  W zasadzie bez końca. Od przyjazdu jeszcze nie słyszałam żadnego zachwytu nad tym co zbudowano, czy tym co się dzieje dookoła.
  5. Tradycja. A właściwie jej brak. Mam ochotę zaśpiewać na jej cześć jak Tewje ze Skrzypka na dachu. Flag nie widać. Hymnu nie słychać. Przynależności kulturowej nie czuć. Za to papugowanie zachodnich zwyczajów - wszechobecne. 
  6. Uprzedzenia i stereotypy. Tutaj brak mi słów. Kiedy wspomnę o Turcji i słyszę hasła takie jak Al-Kaida, to już nie wiem co powiedzieć. Już chyba nie mam siły tłumaczyć. 
To by było tyle, jeśli chodzi o kazanie na piątek :) 

Korzystając z okazji pozdrawiam Was wszystkich ciepło i życzę Wam radosnych, słonecznych i rodzinnych Świąt Wielkanocnych, bo nie wiem, czy przed świętami jeszcze coś napiszę. Nie ukrywam, że jestem mile zaskoczona tym, ile osób tu zagląda i z ilu stron świata. Wiem, że piszę stosunkowo rzadko, zdarza mi się też odpisywać na komentarze lub maile po kilku dniach, ale zapraszam Was do dyskusji. Chętnie dowiem się co Wy sądzicie o tym, czym ja się ekscytuję, bądź co mnie dziwi, a może Was frapuje coś zupełnie innego. Szczególnie ciekawią mnie opinie tych z Was, którym przyszło żyć w innym kraju (halo Polonia w Stanach - wiem, że tu jesteście i to licznie! :)). Że już nie wspomnę, że miłośnicy Turcji (i nie tylko) są tutaj zawsze mile widziani. W ogóle ludzie otwarci i ciekawi świata - dajcie głos! :)


Na koniec zachęcam Was do refleksji, która ciągle mi chodzi po głowie, która się przekształca, zmusza mnie do redefinicji, do myślenia, do stawiania pytań i do poszukiwania odpowiedzi...

Polska - a co to znaczy dla Ciebie?

piątek, 16 marca 2012

Ostatnie dni w Turcji.

Wiem, długo nie pisałam. Po pierwsze miałam ostatnio sporo pisania (zlecenie). A po drugie...

...tak, to moje ostatnie dni w Turcji. We wtorek przyjeżdżam do Polski - jeszcze nie wiem na ile. A wszystko to wina polityki wizowej, chociaż cała sytuacja ma też swoje dobre strony. Już Wam tłumaczę.

W tym roku kalendarzowym nie przedłużyłam swojego ikametu ze względu na to, że na policji zażyczyli sobie okazania tak dużej sumy na moim koncie, że gdybyśmy pożyczali od wszystkich znajomych, nadal nie wystarczyłoby. Powróciłam więc do wizy turystycznej, na której to według nowego prawa mogłam przebywać 3 miesiące w Turcji i następnie muszę spędzić 3 miesiące w Polsce. Cóż, dyskutowaliśmy, kombinowaliśmy, ale prawo jest prawem. Kupiłam więc bilet do Polski. A że pojawiły się różne pomysły na przyszłość dotyczące tym razem głównie mojej osoby, trzeba ruszyć się z miejsca - czas na zmiany. Traf chciał, że kilka dni temu ustanowiono kolejne nowe przepisy dotyczące wiz - tak oto z kupionym biletem do Polski dowiedziałam się, że jednak mogę tu zostać kolejne 6 miesięcy. Według nowego prawa cudzoziemcy mogą otrzymać wizę turystyczną na 9 miesięcy. No ale cóż. "Słowo się rzekło, kobyłka u płotu" - jak mawia moja babcia.

Jednocześnie tak się złożyło, że właśnie mija 1 rok od kiedy przeprowadziłam się do Turcji. Oczywiście mam mnóstwo refleksji, wspomnień, przemyśleń. Wydarzyło się wiele. Poznałam wiele osób, miejsc, zwyczajów. Nie sposób to wszystko opisać. Czasem kiedy myślę, że nie wykorzystałam tego czasu w pełni, że mogłam więcej....wtedy przypominam sobie pierwszy dzień. 

Pierwszego dnia po przylocie rzuciliśmy moją walizkę na podłogę w mieszkaniu i pojechaliśmy do znajomych A. Jedna para i kilkoro dobrych kumpli. Grali w OK (bardzo popularna gra w Turcji - po krótce: łączycie numerki w trójki lub pary na takich stojaczkach jak do scrabble) i rozmawiali po turecku, sporadycznie wtrącając coś po angielsku. Wyszłam lekko skołowana, nie rozumiałam prawie nic, byłam zszokowana tym, że nikt nie jest jakoś specjalnie mną zainteresowany. Tego samego wieczoru chciałam wracać do Polski. W tamtym miesiącu jeszcze 3 razy pakowałam walizkę. W ciągu całego roku w sumie może 6 razy. Nierzadko różnice kulturowe były dla mnie szokujące.

Po roku rozumiem już sporo, rozmawiam kalecząc troszkę turecki, ale rozmawiam. Niektóre różnice przestały być różnicami, zaadoptowałam je do mojego życia, do niektórych inni się przyzwyczaili - znaleźliśmy jakieś kompromisy z A. i z otoczeniem. Niektórzy pozostali niereformowalni i np. nadal są w stanie wpaść wieczorem bez żadnej zapowiedzi - ale należy to do rzadkości. Język otworzył mi drzwi do lepszych kontaktów z ludźmi na których mi zależy i zmienił sposób postrzegania mnie, co zresztą ludzie dają mi często odczuć w bardzo miły sposób. A OK... to teraz moja ulubiona gra :)

Przez ten rok obrażałam się na całą Turcję, kochałam całą Turcję, kłóciłam się z całą Turcją i przerzucałam na nią winę za wszystko co złe, żeby potem zaraz wzdychać do niej z zachwytem.  Celowo piszę "całą Turcję", mając świadomość, że w tych słowach tyle się mieści. 

Aktualnie serce mi pęka. Mimo pomysłów i planów, które mam do zrealizowania w Polsce, bardzo przeżywam wyjazd. Abstrahując od aspektów dotyczących mojego życia osobistego (w którym znowu będzie skype...), niezwykle trudno wyjechać mi z kraju, który tak kocham. Próbuję nasycić się wszystkim przez te ostatnie tygodnie - ludźmi, smakami, zapachami, muzyką, widokami. Nawet tym czego dotąd nie lubiłam - telewizją :) Wszystkim. Chcę przesiąknąć wszystkim jak gąbka, żeby po przyjeździe mieć tą całą esencję w sobie, a potem wyciskać, upuszczać po troszku, kiedy mi będzie tęskno. Choć bez obaw - Turcja jest we mnie na zawsze. 

Mam mikro-namiastkę tego, co czują emigranci wracający do Polski po latach - jeśli są tacy wśród czytelników tego bloga, to odezwijcie się proszę, może macie jakieś cenne rady, jakieś sposoby - ludzie, jak to przetrwać??? Jak się odnaleźć w tej sytuacji kiedy jesteś polska, a jednocześnie turecka? Kiedy raz w tygodniu jesz kanapkę, ale 6 pozostałych dni rozkładasz 10 talerzyków na stole - w ramach śniadania. Kiedy rano słuchasz Johna Mayer'a a wieczorem Fundy Arar. Kiedy w sobotę robisz włoską pastę (a to Ci dopiero przykład typowo polskiego dania :D), a w niedzielę borek. To tylko styl życia, a co z zachowaniami, a co z wartościami? 

Po całym roku jest kilka rzeczy, co do których nie zmieniłam zdania i które mnie fascynują tak samo jak wtedy, kiedy za pierwszym razem przyjechałam do Turcji. Zdecydowanie najbardziej w Turkach podoba mi się ich otwartość. Biorę ją z całym dobrodziejstwem inwentarza. Czasem oznacza ona wścibstwo, czasem narzucanie się, czasem ocieranie się o kicz. Jednak przede wszystkim ta otwartość pokazuje swoją najpiękniejszą stronę, kiedy przychodzi do spraw ważnych. Rodzina, ojczyzna, miłość, Bóg - o tym mówi się głośno, to wyraża się całym sobą, śpiewa się o tym, pisze. Złośliwi mówią, że na pokaz. To ja już wolę taki pokaz niż nasze polskie (i w ogóle zachodnie) ukrywanie się z tym. Kto wśród Waszych polskich znajomych mówi na co dzień otwarcie o Bogu, miłości, rodzinie,  patriotyźmie? Ale nawet o zazdrości czy niepewności? W Polsce ukrywanie uczuć jest na porządku dziennym i wiele osób uważa wyrażanie ich za żałosne lub zbyt patetyczne, ewentualnie przyjmuje je za oznakę słabości. Za tą turecką emocjonalnością i otwartością będę tęskniła bardzo. 

Na koniec mojego pobytu spotkała mnie cudowna niespodzianka. Jedna z moich ukochanych wokalistek Brenna MacCrimmon dała cudny koncert w Izmirze, na którym miałam niebywałą przyjemność być - tak określiłabym to po polsku. Po turecku powiedziałabym, że spełniłam swoje marzenie! Było wspaniale! :) Brenna okazała się być niezwykle skromną i ciepłą osobą. Miałam okazję porozmawiać z nią przez chwilę i powiedzieć jej to wszystko, co zawsze chciałam jej powiedzieć jako fanka jej muzyki, jako osoba śpiewająca, na którą Brenna wywarła ogromny wpływ, ale też jako turkofil - co ona, Kanadyjka żyjąca jedną nogą w Turcji, jedną w Kanadzie, akurat doskonale rozumie :)
W tym miejscu dla tych, którzy jeszcze Brenny nie znają wrzucam video - jeśli tu jesteście, to po prostu musicie ją poznać.



Drodzy Kochani Czytelnicy - NIE ŻEGNAM SIĘ Z WAMI, ponieważ nie mam zamiaru przestać pisać bloga. Zobaczymy co się wydarzy, jak długo zostanę w Polsce, co zrobię z tą Turcją w moim sercu. Poza tym z pewnością przez jakiś czas popiszę Wam o tym jak to jest przyjechać po roku do Polski i co we własnym kraju mnie zdziwi. 

Staram się być dobrej myśli. Przyszedł po prostu czas na zmiany. Obym ten czas dobrze wykorzystała, mimo wielu obaw. Insallah! :) 

Na koniec...cóż, żegnam się z Turcją, więc próbuję zapamiętać to, co kocham w moim życiu codziennym, czym dzielę się też z Wami - zdjęcia poniżej. Bez ładu i składu - zdjęcia "momenty".

Taki luksusowy lunch czasem sobie jem na plaży, a co tam raz się żyje! :) Pyszne, świeżo upieczone kruche ciasteczka z cukierni i ayran.

Yufka, z której zaraz powstanie patlicanli borek, czyli borek z nadzieniem z bakłażana. Yufkę mogłabym zrobić sama,  bo to tylko mąka, woda i sól, ale...yyy..trochę mi się nie chce, więc kupuję gotową, elegancko profesjonalnie zrobioną przez turecką gospodynię domową :)

O wilku mowa - patlicanli borek.

Gotowe - zaraz wyląduje na patelni.

Śniadanie - w zasadzie niepełne śniadanie, ale tak czy inaczej jak to mówi moja przyjaciółka: "pełen hedonizm" :)

Moja miłość do otaczających nas zawsząd gór nic a nic z czasem nie maleje. 

Zostawiamy Marmaris w tyle - jedziemy do Izmiru.

Przecież na dworcu nie może zabraknąć fotela do masażu, prawda?

Coraz bliżej Izmiru -  zdecydowanie jeden z moich ulubionych rodzajów widoku z okna .

Ladies and Gentelmen - I'm giving You Miss Brenna MacCrimmon! :)

Brenna ze wspaniałym zespołem w akcji.

Taki izmirski klasyk, banał, ale cóż poradzę - chciałam zobaczyć i już!

Moja droga z supermarketu - nieodłączny element dnia codziennego. Oczywiście domyślacie się, co wzbudza codziennie mój zachwyt? 

Kolacja u rodziców A. - mhmmmmmm.....fasulye, borulce, borek, pilav....zapewniam Was, że nikt nie gotuje tak jak mama A. - w tej kwestii przyznaję mu absolutną rację.

Element moich codziennych wycieczek rowerowych + ledwie widoczne z oddali Icmeler.

No więc gdzie ja znajdę takie uliczki i drzewa w Polsce, hmm? 

Przedstawiam Wam mój rower - wykorzystany w tym roku jak widać do granic możliwości :D Szczególną uwagę należy zwrócić na siodełko.

Altin cilek - czyli dosłownie złote truskawki. Bardzo dziwny owoc. Turcy przekonani są co do jego cudownych dietetycznych właściwości. Po polsku nic nie udało mi się znaleźć na ten temat - a może Wy coś wiecie?

"Ahhh Turkiye!" - powinnam zaśpiewać...


PS. A tak przy okazji, to jeśli ktoś z Was ma przypadkiem ochotę zamówić u mnie tekst (na stronę www, artykuł itp.), to śmiało, nie krępujcie się ;) Kurczę, reklama dźwignią handlu, co zrobić.

wtorek, 7 lutego 2012

O blogowaniu, dywagowaniu, wenie twórczej i krytyce obrazoburczej.

Od lat czytam blog Skylar - www.tur-tur.blogspot.com. Czytam też różne inne blogi o Turcji, ale zawsze wracam do Skylar. Burza jaka się ostatnio na nim rozpętała zainspirowała mnie do napisania tego posta.

Burzę wywołał szczery i otwarty wpis Skylar o tym, że zamierza wprowadzić na blogu zmiany. Wiele osób odezwało się w komentarzach i Skylar wystawiona na ocenę musiała się też zmierzyć z krytyką (oto i cena za otwieranie się). Krytyka dotyczy różnych aspektów bloga. To, co mi się najbardziej rzuciło w oczy to to, że po tym jak napisała, że trudno jest pałać entuzjazjem i okazywać swoje zainteresowanie Turcją, kiedy mieszka się w niej kilka lat, zostało opatrzone przez kogoś komentarzem w stylu (od razu uprzedzam, że upraszczam teraz): to może już lepiej nie pisz bloga, albo go lepiej zawieś na jakiś czas i nie pisz na siłę.

Przyznam szczerze, że trochę rozumiem Skylar. Niedługo minie rok od kiedy mieszkam w Turcji. Nietrudno zauważyć, że czasem piszę notki na blogu dość często, a czasem raz na 2 miesiące. Dlaczego? Przede wszystkim chyba właśnie z tego samego powodu co Skylar, a zauważcie, że mieszkam tu dużo, dużo krócej. Skoro i mnie dopada kryzys związany z tym, że ani nie mam potrzeby dzielenia się zachwytem nad turecką kulturą, ani dzielenia się tym, co mnie tu denerwuje, to wyobraźcie sobie, co musi czuć Skylar po tylu latach. 

Nie piszę tej notki, żeby jej tutaj bronić - nie znam jej osobiście, nigdy z nią nie korespondowałam i nawet nie wiem, czy w ogóle kiedykolwiek to przeczyta. Piszę to, bo mam poczucie jakiejś namiastki wspólnoty doświadczeń i odczuć.

Zakładając bloga o Turcji na początku miałam dylemat na ile mogę pozwolić sobie otwierać się na tym blogu, na ile chcę wpuszczać czytelników do mojego prywatnego życia. Na początku nie pisałam nawet gdzie dokładnie mieszkam. Potem powoli definiowałam sobie wszystko na nowo. Ba, nawet pozwoliłam sobie na zwierzenia np. a propos moich urodzin. Generalnie zgadzam się z tym, co napisała Skylar - my autorzy bloga jesteśmy ludźmi i mamy czasem tak jak Wy - gdziekolwiek jesteście - problemy natury osobistej, które wpływają na nasze samopoczucie. Kiedy nie czuję się dobrze, często nie mam też ochoty pisać, szczególnie o Turcji. Najchętniej napisałabym o tym co mnie trapi z poziomu intra. A natura ludzka jest taka właśnie, że kiedy mamy problem, często trudno nam wyjść poza niego, wspiąć się o poziom wyżej i spojrzeć na wszystko globalnie. Przyjmując jednak założenie, że piszę bloga o Turcji, próbuję się go trzymać. Jeśli będę miała ochotę pisać o meandrach swojej osobowości i dywagować nad sensem życia, czy bycia, to po prostu założę kolejnego bloga i tam się będę wyżywać.

Z drugiej jednak strony myślę sobie, że nie warto trzymać się w ścisłych, sztywnych ramach. Założenia zmieniają się, pomysły ewoluują, tak jak my - rozwijamy się i co za tym idzie zmieniamy. W związku z powyższym ja się nie będę na tur-tur bloga obrażać. Skylar zmienia się i to jest naturalne. Ja też się zmieniam i cholera wie dokąd to zaprowadzi nasze blogi - może do samounicestwienia ;)

Stosunkowo dobre rozwiązanie znalazł chyba najsłynniejszy w Polsce blogowicz - kominek. Ma kilka blogów o różnej tematyce, więc jak się coś komuś nie podoba, to może sobie na danego bloga nie wchodzić, a odwiedzać tylko tego, który go interesuje. Może to jest najlepsze rozwiązanie? A może jest inne równie dobre i warto go szukać? 

To co mi sie nie podoba, to publiczne krytykowanie ortografii itp. na blogu tur-tur. Ja rozumiem, że w internecie każdy czuje się wolny, rozumiem też, że Skylar zaprasza otwarcie do dyskusji i wyrażania opinii. Ja jednak uważam, że tego typu komentarz jest co najmniej nie na miejscu, że jest to informacja, która zdecydowanie powinna być wysłana w prywatnej wiadomości do autorki bloga, jeśli ktoś faktycznie chce jej zwrócić uwagę z dobrej woli, a nie po to, żeby dokopać. Dla mnie jest to co najmniej nie kulturalne i nie wiadomo w jakim celu robiące autorce czarny PR.

Czytanie blogów porównuję czasem do oglądania seriali. Przyzwyczajamy się do nich, lubimy do nich wracać, jesteśmy ciekawi co tam się dzieje u głównych bohaterów. Jednak każdy, nawet najlepszy  serial w końcu kiedyś się kończy. 

"Wszystko płynie" jak rzekł notabene Heraklit z Efezu :) Pozwólcie ludziom i blogom płynąć. Może popłyną dalej, może się rozpłyną, może dopłyną do nowego portu, a może nabiorą wiatru w żagle.

PS. Poruszając się w obrębie wodnych skojarzeń - Skylar...olej krytykę i pisz dalej ;)





piątek, 13 stycznia 2012

Chusta na głowie u kobiet czy zmiana zachowań u mężczyzn?


Wydaje się, że na ten temat powiedziano już wszystko. To i ja swoje dorzucę.

Noszenie burki to kwestia bardzo obszerna, którą analizuje się od lat. Próbą takiej analizy jest dokument, który wczoraj obejrzałam - "Kobiety Islamu"("Woman of Islam", 2003). Film przedstawia historię noszenia chust przez muzułmanki. Twórcy przeprowadzili wywiady zarówno z naukowcami specjalizującymi się w temacie, jak i z muzułmankami z różnych stron świata, z różnych środowisk. Nie będę tutaj streszczała filmu. Napiszę jedynie o tym, co dla mnie było najważniejsze. 

Pierwsza sprawa, która dla mnie jest istotna to to, że w Koranie nigdzie nie ma zapisu o nakazie noszenia chusty przez kobietę. Jedyna wzmianka o okrywaniu ciała dotyczy zasłaniania piersi. Same muzułmanki o noszeniu burki wypowiadają się różnie - w zależności od kraju, w którym przyszło im żyć. Inny stosunek do noszenia chusty mają te, które są lub były do tego zmuszane przez obowiązujące prawo np. w Pakistanie i te, które były zmuszane do ich zdjęcia - np. w Turcji (w miejscach publicznych np. na uniwersytecie). Jednak we wszystkich wypowiedziach oprócz aspektu religijnego, pojawia się wspólna konkluzja, która mnie tak bardzo porusza - bez względu na to, czy kobiety te lubią, czy nie lubią okrywać głowy, wszystkie zgodnie twierdzą, że noszenie chusty często ułatwia im funkcjonowanie w życiu codziennym. 
Co konkretnie jest łatwiejsze? A no na przykład to, że mogą zrobić zakupy bez skrępowania spowodowanego natarczywym obserwowaniem ich przez mężczyzn. Ale też to, że np. w pracy ich cechy charakteru, wiedza, umiejętności i kompetencje wychodzą na pierwszy plan, a wygląd na drugi. A wreszcie, że mogą po prostu czuć się bezpieczniej kiedy idą same ulicą.

To ja się w tej sytuacji pytam - czy mężczyźni w krajach muzułmańskich są jak zwierzęta? Znaczy, że pozbawieni są kontroli nad swoimi zachowaniami? Znaczy, że nie istnieje u nich wolna wola? Znaczy, że nie potrafią odróżnić dobra od zła? Znaczy, że widząc kobietę, będą się w najlepszym wypadku gapić  jak sroka w gnat? Czym konkretnie różni się grupka muzułmańskich mężczyzn wpatrujących się natarczywie w kobietę od grupki Polaków wykrzykujących i gwiżdżacych za jej plecami? Może jedynie wyborem środków wyrazu zdeterminowanym kulturowo.

Bez względu na kraj i pochodzenie nie rozumiem jak niektórzy mężczyźni muszą czuć się bezkarni i jakie muszą mieć o sobie mniemanie, myśląc, że mogą się zachowywać w ten sposób w stosunku do kobiet. No właśnie, jak się zachowują, że w efekcie zmusza to tyle kobiet do zasłaniania atrybutów swojej kobiecości dla świętego spokoju? Zachowują się tak, jak wszędzie na świecie zachowuje się pewien typ facetów - natarczywie. To ci, których gwizdy i nie kończące się komentarze słyszą za swoimi plecami kobiety, które idą ulicą i mają na sobie coś, co można określić jako kobiece lub seksowne. Kiedy masz dobry dzień, świeci słońce, a ty masz na sobie sukienkę, w której wiesz, że wyglądasz fajnie, kilka miłych słów poczytujesz za komplement. Podkreślam: kilka miłych słów, ale nie nagabywanie! Kiedy natomiast pracujesz w banku, masz na co dzień na sobie elegancki garnitur i szpilki i wyglądasz w tym kobieco, ale po raz kolejny idąc ulicą słyszysz gwizdy za plecami i słowa, których nie powinno się pozostawiać bez odpowiedzi, to pewnego dnia szlag cię może trafić. Poza tym należałoby zauważyć, że część pań te gwizdy może odczytać jako komplement, a inne panie jako przedmiotowe traktowanie lub po prostu zachowanie, które wprawia w zakłopotanie. Tak czy inaczej jakoś za przystojnym facetem nikt nie gwiżdże na ulicy! Nie idzie za nim grupka dziewczyn komentując na głos kształt jego pośladków. Dlaczego więc my kobiety musimy stawiać czoła takim fantastycznym wyzwaniom jak natarczywe wpatrywanie się, albo próby dotykania w środkach komunikacji publicznej kończące się nierzadko agresją słowną? Halo, co jest z niektórymi facetami????

I ja tutaj trochę te muzułmanki rozumiem. Mają po prostu dość. Do tego stopnia dość, że rezygnują z kobiecości, kiedy wychodzą na ulicę. Tylko, że to trochę tak, jakby się poddały. A dlaczego niby facetom wolno więcej??? Warto też dodać, że mężczyźni często popierają zasłanianie się przez ich żony, żeby chronić je przed niebezpieczeństwem - czyli innymi mężczyznami. Przekonanie wewnętrzne plus wsparcie zewnętrzne i koło się zamyka. Warto też dodać, że w Koranie NAJPIERW jest wzmianka o tym, że to MĘŻCZYŹNI MAJĄ OPUSZCZAĆ WZROK I BYĆ SKROMNI, a POTEM, że kobiety mają zrobić to samo i ubierać się skromnie. 

Tylko co to wszystko oznacza? Że kobiety Zachodu nie zasłaniają głowy i ciała, bo mają większą odwagę w przeciwstawianiu się mężczyznom od setek lat? Na początku filmu mowa jest o bardzo silnych kobietach wschodniego świata - o matriarchacie w Arabii za czasów początku Islamu, o pierwszej żonie Mahometa, która tak jak on zajmowała się handlem (która sama zaproponowała mu małżeństwo!). Co się więc stało? Prosta i oczywista sprawa - za czasów wojen  siła fizyczna mężczyzn okazała się być niezbędna. To w tym właśnie przewyższali kobiety. Czy to właśnie jest argumentem decydującym o ich wyższości? Dlaczego więc zachodnie kobiety okazały się mieć więcej siły w manifestowaniu swojej równości? Bo rzadziej mężczyźni stosują wobec nich przemoc fizyczną niż w krajach Bliskiego Wschodu?

W Turcji sprawa noszenia burek jest skomplikowana i to na swój własny sposób. Tutaj narzucono całemu społeczeństwu pozbycie się w życiu społecznym i politycznym wszelkich religijnych atrybutów - w tym oczywiście chust. Na siłę przeprowadzono modernizację przez westernizację. W filmie przedstawiono ciekawą historię Merve Kavakçı - tureckiej polityk noszącej chustę, dotkniętej wieloma represjami z tego powodu, łącznie z wyprowadzeniem siłą z parlamentu, jak i pozbawieniem tureckiego obywatelstwa (!). Burka w Turcji często postrzegana jest jako objaw zacofania. Ale noszenie jej w Turcji oraz modernizacja, o której wspomniałam to temat rzeka zdecydowanie do poruszenia w oddzielnym poście. Na ten moment jednak chcę powiedzieć, że coś się we mnie buntuje, kiedy wyobrażam sobie takie narzucenie danego stylu życia i to w tylu aspektach (łącznie ze zmianą języka - słynne reformy Atatürka w drugiej połowie lat 20-stych). Co z historycznym i kulturowym dziedzictwem? Co z tożsamością obywateli? Jak musieli się czuć zagubieni w tych wszystkich zmianach. Jak wielką władzę musiał mieć Atatürk i siłę przekonywania, żeby sprawić, że inni, tak jak on uwierzą, że to droga ku lepszemu, ku nowoczesności, rozwojowi. 

Poruszyłam wiele kwestii na pozór nie związanych ze sobą. Dla mnie jednak wszystko to ma jeden wspólny mianownik - wolność jest wartością cenioną przeze mnie nade wszystko. Zaraz po niej - równość dla kobiet i mężczyzn :) Natomiast panaceum na problemy z tym wszystkim związane - EDUKACJA I ROZWÓJ. 

To by było na tyle na dziś jeśli chodzi o moralizatorstwo oraz wypluwanie z siebie przemyśleń i poglądów  ;) Na koniec coś, co mi się bardzo kojarzy z tym, o czym napisałam.