poniedziałek, 27 maja 2013

Panie i Panowie - oddaję w Wasze ręce...Tutku :)

(z gory przepraszam za brak polskıch znakow, ale pısze do Was z pracy)

Moi Drodzy,

jako, ze koncerty tymczasowo zostaly odwolane (ze wzgledu na zalobe narodowa z powodu wybuchu bomby w Reyhanlı - swoja droga ta zaloba zostala ogloszona dosc nıetypowo, bo po kılku dnıach od calej tragedıı, ponadto szanowny pan premıer nıe raczyl sıe tam nawet pofatygowac, bo akurat goscıl u Obamy...) postanowılam, ze podzıele sıe z Wamı chocıaz nagranıem z proby
Spıewam przy akompanıamencıe pıanına ı ud, ale oczywıscıe koncert gramy (my = chor) z pelnym zespolem w skladzıe: pıanıno, darbuka, kanun, skrzypce, ud. Uprzedzajac Wasze pytanıa spowodowane prawdopodobnıe zdzıwıenıem, czemu to ja tak tutaj 'wyje do ksıezyca' ı smıem nazywac to spıewanıem, pragne podkreslıc, ze to Türk Sanat Müzik czyli turecka muzyka klasyczna :)
No ;)

Mılego ogladanıa ı sluchanıa.

Utwor: Manolyam
Kompozytor: Zeki Müren
Wykonanie: Tutku :)

A juz za jakıs czas na koncercıe bedzıe bardzıej ofıcjalnıe, bo na koncertach wygladamy mnıej wıecej tak:

Marmaris Belediyesi Türk Sanat Müziği Korosu



sobota, 18 maja 2013

Marmaris never sleeps...

Za górami, za lasami, było miasteczko, przez Turków zwane rajem, o wdzięcznej nazwie Marmaris. Od 50 lat nie padał tu śnieg, lato jest piękne i trwa pół roku.
U podnóża pięknych gór i nad brzegiem błękitnego morza mieszka tu jakieś 30 000 ludzi, dla większości których rozpoczęcie najpiękniejszej tutaj pory roku oznacza rozpoczęcie turystycznego sezonu, co równa się z tym, że:
  • Przez następne pół roku będą pracować codziennie od rana do nocy.
  • Gotować, prać i sprzątać będą tylko wtedy, kiedy naprawdę nie będzie wyjścia, lub jakimś cudem danego dnia nie będą się czuć zmęczeni.
  • Z rodziną i znajomymi na dłużej niż 2h będą mogli spotkać się gdzieś w okolicach listopada.
  • Jeśli będą mieli szczęście lub akurat jakimś cudem w środku lata spadnie deszcz, a oni pracują na świeżym powietrzu, będą mogli mieć dzień wolny, który z całą pewnością spędzą w łóżku nie ruszając się z niego na krok.
  • Każdego poranka będą walczyć ze swoim ciałem i umysłem, zmuszając się do pójścia do pracy i pocieszając się, że niedługo (czyli aktualnie za jedyne 5 miesięcy) będzie zima i sobie odpoczną.
  • Każdego poranka motywując się do wyjścia z domu, żeby zarobić, myślą o swoich bliskich, o ich podstawowych potrzebach i jeśli są odważni, to czasem nawet marzą o czymś "ekstra", ale oczywiście bez przesady.
  • Prawie wszyscy z nich przykładając głowę do poduszki, zasypiają w maksymalnie 2 minuty (chyba, że mają własny interes - sklepik, biuro wycieczkowe itp. i nocami planują wszystko, co muszą zrobić, żeby spłacić kredyt, który wzięli na jego otwarcie).
Za górami, za lasami, było sobie miasteczko, w którym ludzie pracowali jak mrówki. W końcu...MARMARIS NEVER SLEEPS.

sobota, 4 maja 2013

O muzyce, Atatürku i dziwnych znajomościach.

Mimo, że nie przepadam za tłumaczeniem się, to po tak długiej nieobecności wypadałoby się jednak wytłumaczyć. To nie tak, że z moją ostatnią notką moje życie nagle stanęło w miejscu i okazało się, że nie ma o czym pisać. Wprost przeciwnie - moje życie nabrało takiego tempa, że od czasu napisania ostatniej notki, jakieś tysiąc razy przeżyłam sytuacje, o których myślałam: "koniecznie muszę to opisać na blogu!". Niestety ilość wolnego czasu, w którym mogłabym naprawdę odpocząć, z każdym dniem i z moim narastającym zaangażowaniem w muzykę, życie towarzyskie, a teraz i pracę, malała niepostrzeżenie w zastraszającym tempie.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy nauczyłam się ok. 200 piosenek (to mój życiowy rekord!) - około 100 utworów klasycznych (Turk Sanat Muzik) i około 100 utworów ludowych (Turk Halk Muzik). Poczyniłam również postępy w grze na baglamie. Nie aspiruję do bycia wirtuozem, ale fakt, że potrafię parę rzeczy zagrać cieszy mnie bardzo. Tańce folklorystyczne są na tej całej mojej drodze muzycznego rozwoju na ostatnim miejscu - tzn. przyznam, że traktuję je nieco pobłażliwie, trochę jak odpoczynek po prawdziwym wysiłku umysłowym i fizycznym, jakim jest dla mnie nauka śpiewania utworów tureckich. Przez cały ten czas nauki, pokonałam również (i wciąż pokonuję) swoje słabości, walczę z tremą i po prostu staram się skupić na muzyce. W każdym chórze dostałam solo, dostaję też zewsząd bardzo pozytywne informacje zwrotne i staram się w związku z tym robić co do mnie należy - czyli śpiewać najlepiej jak tylko w danym momencie potrafię i korzystać z okazji, że mogę się nauczyć czegoś, czego nigdy wcześniej się nie uczyłam - czyli np. różnic między zachodnim a tureckim systemie muzycznym. Najbliższe koncerty będą jednak dla mnie wyjątkowe, ponieważ na każdym z nich będę miała swoje solo, więc oczywiście jest i ekscytacja i lekki stresik, na razie taki tyci tyci :) Poza tym będą to koncerty w różnych warunkach - plenerowy i w sali koncertowej, więc to dla mnie kolejne doświadczenia w różnych warunkach technicznych. Na jednym z nich będziemy śpiewać z gwiazdą tureckiej muzyki klasycznej, której imienia jeszcze nie mogę zdradzić :)

Piękne koncerty za nami. Pełne wzruszeń, fajnej publiczności i wszystkiego, co od dziecka kojarzy mi się ze sceną i co kocham - próby, podekscytowanie przed koncertem, zapach sceny, radość na scenie, poczucie spełnienia i bycia we właściwym czasie i miejscu. Mieliśmy koncert walentynkowy, koncert z okazji rocznicy przyjazdu Ataturka do Marmaris i koncert z turecką muzyką filmową. Koncerty tematyczne mają to do siebie, że przygotowując się do nich uczymy się przy okazji dużo więcej, niż jedynie utwory, które mamy zaśpiewać. Taka fajna wartość dodana. Tak miałam w szkole wokalnej w Polsce i tak mam tutaj. Kiedy w szkole wokalnej przygotowywaliśmy np. koncert poświęcony twórczości Marka Grechuty, każdy z nas w poszukiwaniu piosenki dla siebie, tygodniami słuchał Grechuty, czytał o Grechucie i generalnie przenosił się w czasie i przestrzeni. Tak też miałam z Ataturkiem. Na koncert z okazji rocznicy jego przyjazdu do Marmaris przygotowywaliśmy jego ulubione piosenki. Przygotowując się, ucząc się wyznaczonych utworów, czytałam równolegle o Ataturku, próbowałam zrozumieć czego dokonał w Turcji, wyobrażałam sobie jego, eleganckiego dżentelmena, składającego wizytę w mieście, siedzącego wieczorem w najpiękniejszej restauracji i słuchającego swoich ulubionych piosenek, które wykonywali dla niego zapewne najlepsi artyści w okolicy.

Mustafa Kemal Atatürk, źródło: Wikipedia

Swoją drogą muzycznie z Ataturkiem całkiem mi po drodze muszę przyznać. Z "Ataturkowego" repertuaru jego najukochańsza piosenka mnie również najbardziej przypadła do gustu:



Jednocześnie byłam w tym samym czasie na wystawie fotografii Ataturka, dyskutowałam o jego reformach z moimi znajomymi, którzy czynnie działają w młodzieżówce CHP (lewicowej partii tureckiej) w Marmaris - generalnie wszystko pięknie się zazębiało i w mojej głowie puzzle powoli zdobywanej wiedzy zaczęły tworzyć pełen obraz. Jednocześnie spędziłam też 2 tygodnie z S. - dziewczyną H. (już kiedyś o niej pisałam), która z kolei jak już Wam kiedyś wspomniałam nosi chustę i popiera przeciwną opcję polityczną - konserwatywną partię AKP, co w mojej układance stworzyło dość duży kontrast z nowoczesnymi jak na jego czasy i otaczającą go rzeczywistość poglądami Ataturka. Na koniec wszystkich politycznych przemyśleń doszłam do wniosku, że jednak nie jestem w stanie jeszcze pojąć tureckiej polityki, co mój nauczyciel skomentował: "nie martw się, my żyjemy tu całe życie i nadal jej nie pojmujemy" :)

A teraz przejdźmy do spraw bardziej przyziemnych. Od 4 dni pracuję. Znowu w tym samym hotelu, w którym pracowałam w ubiegłym roku, jednak tym razem już nie jako info-girl, ale tzw. marketci :) Czyli siedzę sobie w sklepiku hotelowym, sprzedaję i rozmawiam sobie z turystami :) I na pełen etat. A właściwie to prawie na dwa etaty! Pracuję u naszego dobrego znajomego E. I pracuję w standardzie dość tutaj typowym - czyli codziennie od 8.45 do 22.00, bez dni wolnych do końca października (!), czyli tak, jak większość tutaj (ta większość, to jedyne, co mnie pociesza w tej sytuacji plus fakt, że zarabiam). Żeby nie było - próbowałam znaleźć pracę jako pilot-rezydent (po to głównie rok temu zrobiłam licencję), ale warunki na których biura podróży chciały mnie zatrudnić są niestety nie do przyjęcia - ani finansowo, ani prawnie. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że w przyszłym roku może się uda. A. nadal pracuje w Pamukkale - raz ma dzień lepszy, raz gorszy i wtedy zarzeka się, że następnego dnia rzuci pracę. On też pracuje codziennie, ale przynajmniej mają system zmianowy, co oznacza, że czasem wraca do domu np. o 15.30. Generalnie w tym roku doszłam do wniosku, że nadejście lata, a szczególnie jego początek zawsze tutaj kojarzy mi się ze stresem. Nie jesteśmy wtedy pewni, gdzie będziemy pracować, potem z kolei stres związany z przepracowaniem (to głównie w przypadku A.), a potem gdzieś w końcówce lata jest cała akcja z przedłużaniem mojego ikametu i cała szopka z tym związana. Ja akurat do wszystkiego przygotowywałam się stopniowo, czyli np. w tamtym roku pracowałam kilka godzin dziennie, czasem w ogóle nie przychodziłam, zimą miałam czasem zlecenia na pisanie lub tłumaczenie tekstów. Nie mogę sobie natomiast wyobrazić co czują np. te z Was, które przyjeżdżają tu z wizją odpoczywania sobie w ciepłym kraju, leżenia na plaży itd. Co prawda ja się w swoim czasie naodpoczywałam i należałam na plaży, ale brutalna prawda jest taka, że jeśli pracujecie, to po prostu nie ma na to czasu. Moi tureccy znajomi, którzy w lato pracują w turystyce, zazwyczaj wchodzą do morza maksymalnie 5 razy podczas całego lata i są najbardziej bladzi ze wszystkich Turków jakich znam. Cóż, pewnie w tym roku i ja dołączę do tego grona, bo póki co moją 2 godzinną przerwę na lunch wykorzystuję na kursy i próby, które mam 5 razy w tygodniu. Ale mam też ambitny plan na pływanie rano - nad morze mam 2 minuty, więc byłby to naprawdę skandal, gdybym tego nie wykorzystywała!

Jak widzicie i czujecie pewnie czytając ten tekst, do wielu rzeczy tutaj przywykłam. To prawda, co nie oznacza, że już nic mnie nie dziwi. Dziwi mnie i to prawie codziennie. Wczoraj na przykład uświadomiłam sobie, że przebywam w dość nietypowej w porównaniu do mojej polskiej rzeczywistości. Szłam sobie z pracy na próbę naszego zespołu tańca folklorystycznego. Po drodze minęłam pensjonat, przed którym stała Maria i jej koleżanka - dwie sympatyczne panie Gruzinki, lat 35 i 40, które przychodzą do naszego salonu fryzjerskiego codziennie zrobić sobie fryzurę, paznokcie, piją z nami kawkę, palą papieroska, a potem idą do pensjonatu, gdzie.....trudnią się najstarszym zawodem świata! (!!!!). Na początku trudno mi było w to uwierzyć, kiedy je poznałam. Właściwie myślałam, że to żart. Do dziś nie mogę ogarnąć swoim umysłem, że te dwie sympatyczne, serdeczne kobiety naprawdę robią to, co robią. Choć kiedy opowiedziały mi o realiach pracy w Gruzji, gdzie stawka DZIENNA to 14 zł (!!!), to trochę tłumaczy ich desperację....trochę...Choć ja tego nie pojmuję....Mijając pensjonat doszłam do cmentarza - tyle razy go widziałam, a właściwie nigdy mu się tak naprawdę nie przyjrzałam. I ten cmentarz zasługuje co najmniej na oddzielną galerię zdjęć. Może któregoś dnia wymknę się trochę wcześniej i pokażę Wam na zdjęciach niezwykły i tajemniczy nastrój tego miejsca. Zaraz potem przechodzę obok ogromnego meczetu, żeby w końcu dojść na próbę do...amfiteatru :) O amfiteatrze chyba kiedyś wspomniałam. Zbudowano go w Marmaris ok.15 lat temu na wzniesieniu, na wzór greckich teatrów. Genialne miejsce na koncerty! Ogromne, otoczone zielenią, z fajną akustyką, mieszczące chyba pół Marmaris miejsce - amfiteatr. Chwała za to temu, który wpadł na pomysł zbudowania tego cuda, bo moim zdaniem pomysł był świetny. W każdym razie potem tańczyłam ze wszystkimi to, co mamy wkrótce zaprezentować na koniec kursu i kiedy turyści z okolicznych hoteli zaczęli przychodzić i robić nam zdjęcia, uznając całą sytuację za dość osobliwą, miałam przez chwilę myśl - o rany, co ja tu robię? :) Jeszcze całkiem niedawno to ja byłam turystą robiącym tu zdjęcia...

Poza tym, że czasem zdarza mi się spojrzeć na siebie z dystansu, z perspektywy widza oglądającego "Przygody Tutku w Turcji", to tak, do wielu rzeczy przywykłam. Dlatego fajnie czasem wejść w pozycję widza i zobaczyć film z sobą samym w roli głównej. Grunt, żeby w tej roli nie pozostać :)


sobota, 9 lutego 2013

10 pytań do Tutku

W kwestii zawierania nowych znajomości pobijam przez ostatnie miesiące moje własne rekordy. Jak wiecie chodzę na 4 kursy, więc jest to nieuniknione. Ze względu na tematykę kursów (turecka muzyka klasyczna, turecka muzyka ludowa, gra na bağlamie i taniec folklorystyczny) na każdym z nich wzbudzam mniejsze lub większe zainteresowanie. Z czasem przywykłam już do tego, że zawsze ktoś ukradkiem mnie obserwuje, a czasem obserwuje mnie bez skrępowania i wcale nie ukradkiem :) Często ktoś podchodzi i pyta skąd jestem (zazwyczaj na wstępie zakładając, że z Rosji...), a potem pada kilka pytań, które jakby nie patrzeć, bez względu na to, kto je zadaje, są często do siebie podobne. Oprócz zestawu podstawowego (skąd jesteś, ile czasu mieszkasz w Turcji itp.), w toku każdej ze znajomości, którą tutaj zawarłam, pojawiają się prędzej czy później te same pytania, na które ja w zasadzie tak samo odpowiadam:

1. Jak Wy możecie jeść w Polsce wieprzowinę?

Możemy, co więcej - smakuje nam, niektórym nawet bardzo, choć ja osobiście nie jestem zapalonym mięsożercą. Bez mięsa mogę się spokojnie obejść, co nie zmienia faktu, że czasem lubię. A już na pewno jem zawsze będąc w Polsce.

2. Czy myślałaś o tym, żeby przejść na islam?

Nie mam zamiaru przechodzić na islam. Nigdy nie mówię nigdy (w żadnej sprawie), ale na pewno do tej pory i na ten moment nie odczuwałam i nie odczuwam takiej potrzeby. Ale co ciekawe, to pytanie pada czasem nawet ze strony osób, które znają mnie dość dobrze od 2 lat. Mam wrażenie, że jednak czasem jest w nim zawarta nadzieja, że może jednak zmieniłam zdanie ;)

3. Gdzie lepiej - w Polsce, czy w Turcji?

No proszę, słucham, gdzie lepiej? Jeśli ktoś jednoznacznie potrafi odpowiedzieć na to pytanie, to gratuluję. Bo ja jestem od tego daleka. Wiadomo, że w Polsce mam rodzinę i przyjaciół i tego mi zawsze będzie w Turcji brakowało. Poza tym jestem i zawsze będę Polką. Bez względu na to kiedy i jakie dodatkowe obywatelstwo otrzymam. I co więcej - podobnie jak Turcy są dumni z bycia Turkami, ja jestem dumna z bycia Polką.

4. Jak wygląda polska wieś? Co uprawiają i hodują rolnicy? Czy warzywa i owoce są równie smaczne jak u nas w Turcji?

Odpowiadam zgodnie z prawdą - polska wieś jest piękna i bardzo różnorodna. Niestety ludzie tam mieszkający najczęściej teraz przeprowadzają się do miast, nie dostrzegając potencjału miejsc, z których pochodzą. Oczywiście, że warzywa i owoce są równie smaczne, a niektóre nawet smaczniejsze! Co więcej, w ilości i jakości odmian jabłek Polska jest ponoć niezrównana, moi drodzy Tureccy przyjaciele, myślący, że w temacie owoców przebijacie wszystkich ;P

5. Czy znasz/rozumiesz rosyjski? I czy polski jest trudny?

Trochę rozumiem rosyjski, choć nigdy się go nie uczyłam. Zdecydowanie lepiej rozumiem ukraiński (sprawdzone). Pytać mnie o to czy polski jest trudny, to tak jak pytać was o to, czy turecki jest trudny. Ale fakt - Wasze zasady gramatyczne, to jakby jakieś 10% naszych.

6. Jak wygląda polskie wesele?

Inaczej niż tureckie :) Tak, nie mamy nocy henny, nie przypinamy złota do szarf pary młodej składając życzenia, nie popadamy w histeryczny płacz żegnając pannę młodą i nie mamy niestety waszej wspaniałej muzyki, ale za to mamy piękny kościelny ślub, tańczymy na weselu w parach (tak, wiem, że to dla większości z was skandaliczne), całujemy się bez zażenowania na oczach wszystkich gości (a to już nie do pomyślenia!) i bawimy się...do białego rana!

7. Czy umiesz gotować (w domyśle: czy umiesz gotować tureckie potrawy)?

Wbrew pozorom (mimo, że nie jestem Turczynką, więc większość osób myśli, że tego nie robię i co więcej NIE POTRAFIĘ) - tak, sprzątam, gotuję, zmywam naczynia, piorę, prasuję. Bardzo lubię kuchnię turecką, ale nie uważam, że jest najlepsza na świecie, podobnie jak nie sądzę, żeby potrawy te były jakoś wyjątkowo trudne do przyrządzenia.

8. Liczba ludności, powierzchnia i podstawowe informacje dot. historii Polski ("bo u Was był taki jeden Wałęsa, prawda?")

No tak, to już mam wykute na blachę. Czasem pada jeszcze pytanie o PKB, II wojnę światową, sporadycznie o katastrofę smoleńską, Unię Europejską.

9. Naprawdę można u Was mieszkać razem przed ślubem?

Naprawdę można. Co więcej - prawie wszyscy tak robią. Osobiście nie znam nikogo, kto zdecydował się na małżeństwo nie mieszkając wcześniej razem.

10. Jesteś mężatką?

Nie jestem mężatką :) W tym momencie następuje albo niezręczna cisza, albo pada pytanie wprost: "ale planujecie się pobrać????".


Czy Wam też zadają te same pytania? Ja chyba niedługo przetłumaczę to na turecki, wydrukuję i będę rozdawać w formie ulotki na początku każdej znajomości...

Bo czasem chciałabym usłyszeć w końcu coś niestandardowego...

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Słodko - gorzko

Jako, że ostatnio byłam nieco oderwana od rzeczywistości, postanowiłam w ten weekend wrócić na ziemię. Nie wiem ile dni minęło, podczas których zajmowałam się głównie muzyką i to do tego stopnia, że w ogóle przestałam odpoczywać. Nie to, żebym się użalała, bo nikt mnie do tego nie zmusza, robię to z własnej woli, potrzeby i dla własnej przyjemności. Czasem jednak, kiedy zajmujemy się czymś, co nas pasjonuje, nie zauważamy upływu czasu, ani tego jak długo działamy na najwyższych obrotach. Jedyne, co mnie wtedy przywołuje do porządku, to przychodzące nagle wielkie zmęczenie fizyczne, a co za tym idzie i psychiczne. Jednak ciało poddaje się u mnie szybciej niż umysł. Główka nadal pracuje jak robocik  - "no dalej, jeszcze to poćwiczymy, jeszcze ta piosenka, jeszcze to metrum, jeszcze to zakończenie...", a ciało zaczyna sztywnieć od namiaru skupienia i napięcia. 

Zauważyłam też, że przestałam gotować z przyjemnością, a zaczęłam robić to jak najszybciej i tak, żeby A. smakowało i żebym jednocześnie zdążyła wyjść o czasie na zajęcia. O zgrozo! Przecież ja lubiłam gotować!

O nie, tak być nie może. Kiedy 3 dni temu obudziłam się z opuchlizną przy obojczyku, bo....położyłam się tak zmęczona, że całą noc spałam w jednej niewygodnej pozycji, stwierdziłam, że chyba przeginam.  Następnego dnia, kiedy tylko powzięłam postanowienie odpoczynku w ten weekend, ból i opuchlizna od razu zaczęły znikać. W związku z tym pojechałam do Icmeler spotkać się moją polską koleżanką M.  Achhh.....nie byłam już tam kilka tygodni, w każdym razie na tyle długo, żeby docenić na nowo niesamowitą ciszę, spokój, ogromne góry i spokojne morze. Poszłyśmy na herbatkę do naszej chyba już w zasadzie ulubionej kawiarni z widokiem na żółwią wyspę i jak to mówi moja mama - postrzępiłyśmy jęzory ;) Co za nieskomplikowana czynność, dająca niebywałą przyjemność! Aż nabrałam ochoty w domu na robienie borka wieczorem, więc siedziałam i skręcałam z niego "cygara" oglądając telewizję. Kwintesencja kury domowej!

Ostatnie dni były też dość obfite w spotkania towarzyskie. Powody były różne - słodko-gorzkie można by rzec...
W ubiegły weekend do Marmaris (konkretnie Siteler) przyjechał teatr z Izmiru. Nasze Centrum Kultury nadal działa prężnie i realizuje coraz ciekawsze projekty. Niestety akurat organizacja przedstawienia nie wyszła. Jako, że dawno u nas teatru nie było, bilety wykupiło chyba całe Marmaris (do czego też na pewno przyczyniła się cena - 5 lir). Przedstawienie odbyło się w hotelu Grand Yazici Club Turban. Często pytacie mnie, lecąc na wczasy do Marmaris o różne hotele, więc przy okazji w nich bywania, zwracam uwagę na to jak wyglądają. Grand Yazici zrobił na mnie piorunujące wrażenie, choćby z tego względu, że dysponuje chyba największymi wnętrzami, jakie w życiu widziałam! Sale, w których byłam wyglądały trochę jak połączenie hotelu z ogromnym zamkiem - robi wrażenie. Sama lokalizacja też jest fajna, bo przy samej plaży i lesie sosnowym. W każdym razie nawet w największej sali jaką widziałam całe Marmaris nie może się zmieścić....Toteż na przykład dla nas, którzy bilety wykupiliśmy tydzień wcześniej, miejsca już nie starczyło... Niepocieszeni zmuszeni byliśmy wyjść i w związku z tym razem ze znajomymi wylądowaliśmy najpierw w kawiarni, a potem u nas. Wieczór skończył się bardzo przyjemnie, wygadaliśmy się po wsze czasy, a nawet (to jak wiecie nie zdarza się u nas często!) w towarzystwie ok. 5% napoju alkoholowego zwanego tutaj piwem, które widuję maksymalnie kilka razy w roku ;)

Najwięcej wydarzeń w ostatnich tygodniach związanych było z rodziną H., która byłaby świetnym materiałem na niejedną książkę. Smutek przeplatał się z radością. Najpierw żegnaliśmy jednego z braci H., który szedł do wojska, potem zmarł wujek H. i odwiedzaliśmy ich, żeby złożyć kondolencje, a wczoraj po 15 miesiącach wrócił z wojska drugi brat H. Nie raz wspominałam, że rodzina H. jest dosyć tradycyjna i specyficzna. Jednak zorientowałam się, że chyba już do tego przywykłam w momencie, gdy po przyjściu do domu drugiej nieoficjalnej żony ojca H. (jego brat szedł wtedy do wojska i to było coś w rodzaju imprezy pożegnalnej), zobaczyłam w nim też pierwszą żonę - mamę H. i cały tłum facetów siedzących w jednym pokoju, a także grupkę kobiet w kuchni i w drugim, osobnym rzecz jasna pokoju, i wcale mnie już nie zdziwił fakt, że szybko mnie przetransportowano do kobiet. Czy muszę wspominać, że oczywiście siedziałyśmy na podłodze w pokoju bez mebli? :) Wczoraj witając drugiego brata, który dla odmiany wrócił z wojska, o dziwo siedziałyśmy z mamą i siostrą H. z facetami w tym samym pokoju, choć nie wtrącałyśmy się do ich rozmów. Szczerze mówiąc miałyśmy własne tematy do przegadania ;) 

Samo życie, prawda? Słodko-gorzkie. Zupełnie jak moja niespodzianka na koniec. Kinder-niespodzianka, przechwycona od mamy A. :)

Potrzebne Wam będą:

suszone figi (bardzo słodkie)
orzechy włoskie (lekko gorzkie)

Wykonanie: banalnie proste! Rozłupujecie orzecha, otwieracie figę, wkładacie paluchem orzecha do środka figi, zaklejacie i...smacznego :)



Smakują najlepiej, kiedy siedzicie z herbatką w domu, bo pogoda taka, że psa z domu nie wygonisz...  (uwielbiam to powiedzonko :)) Najlepszym tego przykładem jest aura dziś o poranku (żebyście nie myśleli, że ja mam tu tylko słońce zimą!), dzięki której znaleźliśmy się po raz kolejny ostatnio w głównych wiadomościach, bo...spadł dziś grad! Na dodatek zupełnie przypadkiem udało mi się to zarejestrować! Tzn. chciałam pokazać deszcz, a tu nagle zaczęły spadać z nieba lodowe kulki!




W taką pogodę, to można tylko pić herbatkę i uczyć się gry na bağlamie ;)




Pozdrawiam Was ciepło, dziekuję za oddane już głosy, a Ci, którzy jeszcze nie wysłali sms, mogą jeszcze to zrobić - GŁOSOWANIE TRWA DO 31 STYCZNIA!





czwartek, 24 stycznia 2013

GŁOSUJEMY! :)

Moi Drodzy,

 

głosowanie na BLOG ROKU 2012 rozpoczęte!!! :) 

 

Jeśli lubicie mojego bloga, jeśli jesteście w stanie jakoś przeżyć moje przydługie teksty, a co więcej, jesteście w stanie przeczytać je w całości, to będę Wam wdzięczna za oddanie głosu. 

 

JAK GŁOSOWAĆ?

Wystarczy wysłać sms o treści: G00867 na numer: 7122

 

(Uwaga: znak 0 to cyfra zero! I pamiętajcie też, żeby w sms nie wstawiać spacji!)

Koszt sms to 1,23 zł. 

I ważna informacja od organizatora - Onet.pl - dochód z SMS zostanie przekazany na integracyjno - rehabilitacyjne obozy dla dzieci z ubogich rodzin i dzieci niepełnosprawnych.  Więc nie żałujcie tego 1,23 zł, nawet jeśli zagłosujecie na inny blog, ja to jakoś przeżyję, a Wy zrobicie coś fajnego dla dzieciaków.


GŁOSUJEMY TYLKO DO 31 STYCZNIA DO GODZ. 12.00!!!!

 

Więcej szczegółów na stronie organizatora konkursu - Onet.pl.

 

niedziela, 20 stycznia 2013

BLOG TUTKU BLOGIEM ROKU 2012?

Moi Kochani Stali i Nowi Czytelnicy,

 

niniejszym miło mi Was poinformować, że mój blog bierze udział w konkursie BLOG ROKU 2012. Jeśli chcielibyście zrobić dobry uczynek dla Tutku, to zapraszam Was do głosowania :)

Głosowanie rusza w czwartek 24 stycznia od godz. 15.00.

 

Pozdrawiam ciepło,

Tutku