piątek, 16 marca 2012

Ostatnie dni w Turcji.

Wiem, długo nie pisałam. Po pierwsze miałam ostatnio sporo pisania (zlecenie). A po drugie...

...tak, to moje ostatnie dni w Turcji. We wtorek przyjeżdżam do Polski - jeszcze nie wiem na ile. A wszystko to wina polityki wizowej, chociaż cała sytuacja ma też swoje dobre strony. Już Wam tłumaczę.

W tym roku kalendarzowym nie przedłużyłam swojego ikametu ze względu na to, że na policji zażyczyli sobie okazania tak dużej sumy na moim koncie, że gdybyśmy pożyczali od wszystkich znajomych, nadal nie wystarczyłoby. Powróciłam więc do wizy turystycznej, na której to według nowego prawa mogłam przebywać 3 miesiące w Turcji i następnie muszę spędzić 3 miesiące w Polsce. Cóż, dyskutowaliśmy, kombinowaliśmy, ale prawo jest prawem. Kupiłam więc bilet do Polski. A że pojawiły się różne pomysły na przyszłość dotyczące tym razem głównie mojej osoby, trzeba ruszyć się z miejsca - czas na zmiany. Traf chciał, że kilka dni temu ustanowiono kolejne nowe przepisy dotyczące wiz - tak oto z kupionym biletem do Polski dowiedziałam się, że jednak mogę tu zostać kolejne 6 miesięcy. Według nowego prawa cudzoziemcy mogą otrzymać wizę turystyczną na 9 miesięcy. No ale cóż. "Słowo się rzekło, kobyłka u płotu" - jak mawia moja babcia.

Jednocześnie tak się złożyło, że właśnie mija 1 rok od kiedy przeprowadziłam się do Turcji. Oczywiście mam mnóstwo refleksji, wspomnień, przemyśleń. Wydarzyło się wiele. Poznałam wiele osób, miejsc, zwyczajów. Nie sposób to wszystko opisać. Czasem kiedy myślę, że nie wykorzystałam tego czasu w pełni, że mogłam więcej....wtedy przypominam sobie pierwszy dzień. 

Pierwszego dnia po przylocie rzuciliśmy moją walizkę na podłogę w mieszkaniu i pojechaliśmy do znajomych A. Jedna para i kilkoro dobrych kumpli. Grali w OK (bardzo popularna gra w Turcji - po krótce: łączycie numerki w trójki lub pary na takich stojaczkach jak do scrabble) i rozmawiali po turecku, sporadycznie wtrącając coś po angielsku. Wyszłam lekko skołowana, nie rozumiałam prawie nic, byłam zszokowana tym, że nikt nie jest jakoś specjalnie mną zainteresowany. Tego samego wieczoru chciałam wracać do Polski. W tamtym miesiącu jeszcze 3 razy pakowałam walizkę. W ciągu całego roku w sumie może 6 razy. Nierzadko różnice kulturowe były dla mnie szokujące.

Po roku rozumiem już sporo, rozmawiam kalecząc troszkę turecki, ale rozmawiam. Niektóre różnice przestały być różnicami, zaadoptowałam je do mojego życia, do niektórych inni się przyzwyczaili - znaleźliśmy jakieś kompromisy z A. i z otoczeniem. Niektórzy pozostali niereformowalni i np. nadal są w stanie wpaść wieczorem bez żadnej zapowiedzi - ale należy to do rzadkości. Język otworzył mi drzwi do lepszych kontaktów z ludźmi na których mi zależy i zmienił sposób postrzegania mnie, co zresztą ludzie dają mi często odczuć w bardzo miły sposób. A OK... to teraz moja ulubiona gra :)

Przez ten rok obrażałam się na całą Turcję, kochałam całą Turcję, kłóciłam się z całą Turcją i przerzucałam na nią winę za wszystko co złe, żeby potem zaraz wzdychać do niej z zachwytem.  Celowo piszę "całą Turcję", mając świadomość, że w tych słowach tyle się mieści. 

Aktualnie serce mi pęka. Mimo pomysłów i planów, które mam do zrealizowania w Polsce, bardzo przeżywam wyjazd. Abstrahując od aspektów dotyczących mojego życia osobistego (w którym znowu będzie skype...), niezwykle trudno wyjechać mi z kraju, który tak kocham. Próbuję nasycić się wszystkim przez te ostatnie tygodnie - ludźmi, smakami, zapachami, muzyką, widokami. Nawet tym czego dotąd nie lubiłam - telewizją :) Wszystkim. Chcę przesiąknąć wszystkim jak gąbka, żeby po przyjeździe mieć tą całą esencję w sobie, a potem wyciskać, upuszczać po troszku, kiedy mi będzie tęskno. Choć bez obaw - Turcja jest we mnie na zawsze. 

Mam mikro-namiastkę tego, co czują emigranci wracający do Polski po latach - jeśli są tacy wśród czytelników tego bloga, to odezwijcie się proszę, może macie jakieś cenne rady, jakieś sposoby - ludzie, jak to przetrwać??? Jak się odnaleźć w tej sytuacji kiedy jesteś polska, a jednocześnie turecka? Kiedy raz w tygodniu jesz kanapkę, ale 6 pozostałych dni rozkładasz 10 talerzyków na stole - w ramach śniadania. Kiedy rano słuchasz Johna Mayer'a a wieczorem Fundy Arar. Kiedy w sobotę robisz włoską pastę (a to Ci dopiero przykład typowo polskiego dania :D), a w niedzielę borek. To tylko styl życia, a co z zachowaniami, a co z wartościami? 

Po całym roku jest kilka rzeczy, co do których nie zmieniłam zdania i które mnie fascynują tak samo jak wtedy, kiedy za pierwszym razem przyjechałam do Turcji. Zdecydowanie najbardziej w Turkach podoba mi się ich otwartość. Biorę ją z całym dobrodziejstwem inwentarza. Czasem oznacza ona wścibstwo, czasem narzucanie się, czasem ocieranie się o kicz. Jednak przede wszystkim ta otwartość pokazuje swoją najpiękniejszą stronę, kiedy przychodzi do spraw ważnych. Rodzina, ojczyzna, miłość, Bóg - o tym mówi się głośno, to wyraża się całym sobą, śpiewa się o tym, pisze. Złośliwi mówią, że na pokaz. To ja już wolę taki pokaz niż nasze polskie (i w ogóle zachodnie) ukrywanie się z tym. Kto wśród Waszych polskich znajomych mówi na co dzień otwarcie o Bogu, miłości, rodzinie,  patriotyźmie? Ale nawet o zazdrości czy niepewności? W Polsce ukrywanie uczuć jest na porządku dziennym i wiele osób uważa wyrażanie ich za żałosne lub zbyt patetyczne, ewentualnie przyjmuje je za oznakę słabości. Za tą turecką emocjonalnością i otwartością będę tęskniła bardzo. 

Na koniec mojego pobytu spotkała mnie cudowna niespodzianka. Jedna z moich ukochanych wokalistek Brenna MacCrimmon dała cudny koncert w Izmirze, na którym miałam niebywałą przyjemność być - tak określiłabym to po polsku. Po turecku powiedziałabym, że spełniłam swoje marzenie! Było wspaniale! :) Brenna okazała się być niezwykle skromną i ciepłą osobą. Miałam okazję porozmawiać z nią przez chwilę i powiedzieć jej to wszystko, co zawsze chciałam jej powiedzieć jako fanka jej muzyki, jako osoba śpiewająca, na którą Brenna wywarła ogromny wpływ, ale też jako turkofil - co ona, Kanadyjka żyjąca jedną nogą w Turcji, jedną w Kanadzie, akurat doskonale rozumie :)
W tym miejscu dla tych, którzy jeszcze Brenny nie znają wrzucam video - jeśli tu jesteście, to po prostu musicie ją poznać.



Drodzy Kochani Czytelnicy - NIE ŻEGNAM SIĘ Z WAMI, ponieważ nie mam zamiaru przestać pisać bloga. Zobaczymy co się wydarzy, jak długo zostanę w Polsce, co zrobię z tą Turcją w moim sercu. Poza tym z pewnością przez jakiś czas popiszę Wam o tym jak to jest przyjechać po roku do Polski i co we własnym kraju mnie zdziwi. 

Staram się być dobrej myśli. Przyszedł po prostu czas na zmiany. Obym ten czas dobrze wykorzystała, mimo wielu obaw. Insallah! :) 

Na koniec...cóż, żegnam się z Turcją, więc próbuję zapamiętać to, co kocham w moim życiu codziennym, czym dzielę się też z Wami - zdjęcia poniżej. Bez ładu i składu - zdjęcia "momenty".

Taki luksusowy lunch czasem sobie jem na plaży, a co tam raz się żyje! :) Pyszne, świeżo upieczone kruche ciasteczka z cukierni i ayran.

Yufka, z której zaraz powstanie patlicanli borek, czyli borek z nadzieniem z bakłażana. Yufkę mogłabym zrobić sama,  bo to tylko mąka, woda i sól, ale...yyy..trochę mi się nie chce, więc kupuję gotową, elegancko profesjonalnie zrobioną przez turecką gospodynię domową :)

O wilku mowa - patlicanli borek.

Gotowe - zaraz wyląduje na patelni.

Śniadanie - w zasadzie niepełne śniadanie, ale tak czy inaczej jak to mówi moja przyjaciółka: "pełen hedonizm" :)

Moja miłość do otaczających nas zawsząd gór nic a nic z czasem nie maleje. 

Zostawiamy Marmaris w tyle - jedziemy do Izmiru.

Przecież na dworcu nie może zabraknąć fotela do masażu, prawda?

Coraz bliżej Izmiru -  zdecydowanie jeden z moich ulubionych rodzajów widoku z okna .

Ladies and Gentelmen - I'm giving You Miss Brenna MacCrimmon! :)

Brenna ze wspaniałym zespołem w akcji.

Taki izmirski klasyk, banał, ale cóż poradzę - chciałam zobaczyć i już!

Moja droga z supermarketu - nieodłączny element dnia codziennego. Oczywiście domyślacie się, co wzbudza codziennie mój zachwyt? 

Kolacja u rodziców A. - mhmmmmmm.....fasulye, borulce, borek, pilav....zapewniam Was, że nikt nie gotuje tak jak mama A. - w tej kwestii przyznaję mu absolutną rację.

Element moich codziennych wycieczek rowerowych + ledwie widoczne z oddali Icmeler.

No więc gdzie ja znajdę takie uliczki i drzewa w Polsce, hmm? 

Przedstawiam Wam mój rower - wykorzystany w tym roku jak widać do granic możliwości :D Szczególną uwagę należy zwrócić na siodełko.

Altin cilek - czyli dosłownie złote truskawki. Bardzo dziwny owoc. Turcy przekonani są co do jego cudownych dietetycznych właściwości. Po polsku nic nie udało mi się znaleźć na ten temat - a może Wy coś wiecie?

"Ahhh Turkiye!" - powinnam zaśpiewać...


PS. A tak przy okazji, to jeśli ktoś z Was ma przypadkiem ochotę zamówić u mnie tekst (na stronę www, artykuł itp.), to śmiało, nie krępujcie się ;) Kurczę, reklama dźwignią handlu, co zrobić.

3 komentarze:

  1. Od poczatku sledzilam twojego bloga - chyba raczej powinnam powiedziec zachwycalam sie Twoimi tekstami :). Czytajac pierwsze wpisy, mialam wrazenie, ze czytam swoje wlasne mysli, ze ktos spisal moje wlasne uczucia, wrazenia i obserwacje. Zachwyt byl jeszcze wiekszy, jak przeczytalam, ze mieszkasz w Marmaris - ja mieszkam, albo raczej probuje zamieszkac w Datca. Studiowalam lingwistyke w Niemczech, tam poznalam moja "druga polowe", wybudowalismy dom w Datcy (jak to sie w ogole pisze?) i probujemy tu od niemalze trzech lat zamieszkac na stale. Dotad jednak spedzilismy wiecej czasu w Niemczech niz w nowym domu z tarasem i widokiem na morze, ale to dluga historia.
    Postanowilam, ze jak juz uda mi sie zostac tu na dluzej, albo przynajmniej wszystko bedzie na to wskazywac, sprobuje nawiazac z Toba kontakt w nadziei na dluzsza, interesujaca znajomosc. Taki moment wlasnie nadszedl i nagle taka informacja!
    Znow czuje sie tu troche samotnie. Nie znajac Ciebie osobiscie czulam sie, jakby obok mieszkala bratnia dusza.
    Wiem, jak trudno wyjezdzac z Turcji, a zwlaszcza z Marmaris. Od pierwszego dnia czuje sie tu po prostu dobrze - swojsko, po prostu w domu. W Niemczech nigdy tak sie nie czulam, choc spedzilam tam do tej pory dziesiec lat. Wiem, jak Turcja moze zloscic, ale tez jak zachwycac.
    Zycze Ci powodzenia na "nowej drodze" i powrotu, jesli sama tez tego sobie zyczysz.
    A.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kizlan (świetny nick;)), nie wszystko jeszcze stracone! ;)
    Po pierwsze - dzięki wielkie za miłe słowa o blogu - jeśli kogoś mogę choć trochę rozbawić czy zainteresować czymś poprzez pisanie tego bloga, czyni mnie to niezmiernie szczęśliwą.
    Po drugie - póki co, moje działania tutaj w Polsce zmierzają do rychłego powrotu do Marmaris, ale mam nadzieję na nowych warunkach - z nową pracą. Jeśli wszystko dobrze się ułoży, niewykluczone, że jeszcze usiądziemy na Twoim tarasie w domu w Datçy i wypijemy kawę po turecku :) (btw - dom w Datçy, Ty szczęściaro!)
    Dziękuję Ci za życzenia dot. "nowej drogi" - niech się spełniają! Tobie życzę żebyś szybko i łagodnie zaklimatyzowała się w Turcji - masz dużo większe ode mnie doświadczenie w życiu na emigracji, więc masz zasoby, z których możesz czerpać. Kiedy rok temu przeprowadzałam się do Turcji przyjaciel powiedział mi to, co teraz napiszę Tobie - niech tureckie słońce ogrzeje Cię i uczyni szczęśliwą.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zaczynam czytać.Z zainteresowaniem :)

    OdpowiedzUsuń