środa, 19 czerwca 2013

2 lata

17 czerwca minęły 2 lata od kiedy napisałam tutaj pierwszy tekst. Nigdy nie wracam do moich tekstów. Po napisaniu notki zmuszam się i cierpię męki straszne czytając dla przyzwoitości ten jeden chociaż raz cały tekst, żeby sprawdzić ewentualne błędy itp. Także nie mam zamiaru teraz nawiązywać do tego, co dokładnie pisałam 2 lata temu. Zajrzę jedynie w zakamarki swoich wspomnień.

2 lata temu, kiedy zaczęłam pisać tego bloga, straciłam stałą pracę i w związku z tym stałe źródło dochodów. Potem bywało różnie - lepiej i gorzej, ale pisanie bloga z pewnością pomagało mi uporządkować moje myśli i odczucia związane przede wszystkim z odnajdywaniem się każdego dnia w tak odmiennym kulturowo kraju i w nowej dla mnie sytuacji. Wszystko było nowe i albo fascynujące, albo frustrujące, albo dziwne, albo ciekawe, albo zupełnie niezrozumiałe itp. itd.

Wiele razy pisałam o tym, że źródłem największych nieporozumień był język, którego stopniowe uczenie się miało największy wpływ na zmiany w moim życiu w Turcji. Dzięki językowi zaczęłam świadomie żyć wśród Turków i z Turkami. Wróciłam do muzyki, zawarłam bardzo dużo nowych znajomości i zyskałam kilku przyjaciół i jedną bliską przyjaciółkę. Oczywiście nikt tutaj nie zastąpi mi moich polskich przyjaciół, których znam od lat, ale...oni po prostu są nie do zastąpienia i tyle :)

Długo nie miałam stałej pracy, za to wiele razy różne dorywcze. Aktualnie jak wiecie pracuję w hotelowym sklepiku i salonie fryzjersko-kosmetycznym. Z prostego powodu - innego wyboru aktualnie nie mam. Kto wie jakie są realia zatrudniania cudzoziemców w Turcji, a może raczej w Marmaris, ten wie i chyba nie będę się rozwodzić w tym temacie. Najpoważniejszą ofertą pracy w charakterze pilota rezydenta w tym roku (miałam w tym biurze 3 rozmowy rekrutacyjne) okazała się być oferta od jednego z najbardziej znanych i sprawdzonych biur, które ochoczo chciało mnie zatrudnić....na czarno i właśnie upadło.
Aktualnie wydaje mi się, że nigdy nie pracowałam tak ciężko jak teraz (codziennie po 13-14h, bez dni wolnych od początku maja do prawdopodobnie końca października). A. jak wiecie w tym roku nadal jest stewardem w busach i tam też oczywiście jest raz lepiej, raz gorzej. Kiedy wychodzi do pracy o 5.30 rano (a ja prasuję mu koszulę z zamkniętymi oczami - da się :)) i wraca do domu o 15.30, to to jest luksus nad luksusami. Ale bywa i tak, jak w tym tygodniu, kiedy pracował......36h z rzędu!!!!! Czy ktoś może mi wytłumaczyć jak można mieć czelność zapytać pracownika czy będzie pracował 36 godzin? Przy tej okazji pozwolę sobie na krótką refleksję na temat prawa pracy w Turcji - hmmmm.....ono po prostu w rzeczywistości nie istnieje. Oto i tajemnica szybkiego wzrostu tureckiej gospodarki.

Oczywiście nie chcę tu uogólniać, że tak ciężko w Turcji żyć i pracować, bo są różne sytuacje, różni ludzie, różne możliwości i różne miasta. Ale nie będę Was oszukiwać. W Marmaris jest ciężko. Dla większości. I szczególnie latem. Większość moich znajomych pracuje tu od rana do nocy i nie ma po prostu siły na NIC. Gdyby nie muzyka, znajomi itd., to pewnie aktualnie byłabym dosyć mocno przybita. Przepraszam Was (tych, którzy też tu pracują), ale prawda jest taka, że pracujemy jak zwierzęta. Są dni, kiedy wydaje mi się, że tym razem już naprawdę nie dam rady (A. ma dokładnie to samo), ale trzeba wziąć się w garść i przywołać cele i plany, do których realizacji potrzebne nam będą pieniądze, wyjść domu i znowu wrócić późnym wieczorem lub w nocy. A uwierzcie mi, nie mam na myśli tutaj nie wiadomo jakich rzeczy, na które to chcemy zarobić. Chcemy po prostu w końcu pierwszy raz przyjechać do Polski razem. Aż tyle i tylko tyle.

Oprócz muzyki, koncertów, znajomych i siebie nawzajem, staramy się z A. odnajdywać drobne przyjemności, które pomogą nam się zrelaksować i ogólnie lepiej poczuć. A. ma swoje, a ja mam swoje. Dla mnie to np.:
- siedzenie wieczorem na balkonie i jedzenie czereśni
- jechanie do pracy na rowerze dłuższą drogą tylko po to, żeby zobaczyć morze
- plotkowanie z koleżanką przez godzinę przez telefon o wszystkim i o niczym 
- kupienie czegoś do domu i przestawienie mebli w salonie
- zjedzenie lodów karmelowych w pozycji leżącej przed telewizorem
- branie prysznica rano z zamkniętymi jeszcze oczami, ale za to z obłędnie pachnącym truskawkami żelem (moje ostatnie odkrycie kosmetyczne)
- dobra książka czytana ukradkiem w pracy, kiedy choć przez kilka minut nikt nie zawraca mi głowy
- ciekawa rozmowa z turystami (to akurat zdarza się rzadko, ale się zdarza)
- nasze nawet najkrótsze wycieczki na motorze z A.
- przerwa w pracy, kiedy akurat A. już wróci i możemy sobie pozwolić na wspólne zakupy i obiad 

Także jak widzicie - da się. Przeważnie jesteśmy wykończeni, ale da się. Na przykład nigdy nie sądziłam, że mogę przyjść rano do pracy, w południe wyjść na 2 h, żeby dać koncert z chórem, na którym miałam też solo (co kiedyś stresowało mnie na tyle, że brałam cały dzień wolny w pracy, żeby się jak najlepiej przygotować!), po czym wrócić do pracy i zostać w niej do wieczora, jakby nigdy nic ;) Jak to mówiła moja była szefowa: "TRZEBA BYĆ ELASTYCZNYM" :) Święte słowa!

Myślę więc, że sami z łatwością możecie ocenić, co się przez te dwa lata u mnie zmieniło. A zmieniło się prawie wszystko :)

4 komentarze:

  1. Zapraszam Cię po wyróżnienie na mojego bloga: http://wkrajuktorynieistnieje.blogspot.com/2013/07/wyroznienie-mojego-bloga.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ingalill, dziękuję za wyróżnienie :)

      Usuń
  2. fajnie się czyta...chyba póki co odstawię książki i będę TU zaglądać^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki :) ale może książek to nie odstawiaj na rzecz takiej grafomanii ;)

      Usuń